|
|
REPORTERSKIM PIÓREM
REPORTAŻE
"Co zrobisz ze swoim dniem? Co zrobisz ze swoim życiem?"
6.45
Przenikliwy dźwięk budzika rozrywa zlepione snem powieki i zmusza do rozpoczęcia
kolejnego dnia.
Z zaspanego gardła wydobywa się zachrypnięty potok przekleństw i gróźb, ale czas
cofnąć się nie chce. Dopiero celny rzut kapciem ucisza piekielne urządzenie, a
mimo to
uśmiech satysfakcji i tak długo na twarzy nie gości. W końcu wstać trzeba.
Tak wyglądałby wstęp do powieści pt. "Życie polskiego gimnazjalisty", po prostu
schemat.
Ale rozwinięcie i zakończenie zależy od każdego z nas, indywidualnie.
Co zrobisz ze swoim dniem? Co zrobisz ze swoim życiem?
Korytarzem, z rozwianym włosem przebiega wysoka, szczupła dziewczyna.
Chcąc za nią nadążyć większość śmiertelników musi biec truchcikiem albo
zakupić sobie coś na kształt siedmiomilowych butów. Paula jest jedną z
najbardziej zajętych osób, jakie znam. Jej grafik po prostu pęka w szwach.
Najczęściej można spotkać ją w szkolnej bibliotece, gdzie nadrabia zaległości
w lekturach i organizuje krótkie spotkania założonego przez siebie kółka
fantasy.
Nie wspominając już o dodatkowych zajęciach Aikido i "korkach" z angielskiego!
Do lekcji zawsze jest przygotowana, a ciekawostki, jakie serwuje nauczycielom
i całej klasie, wprawiają nas często w osłupienie.
Jak ona godzi to wszystko ze sobą?
Zapytana, odpowiada, że im więcej ma zajęć pozalekcyjnych, tym więcej
zostaje jej wolnego czasu. Widząc moje kompletnie bezmyślne spojrzenie,
cierpliwie tłumaczy:
- Bo tu chodzi o szacunek dla czasu. Im mniej go masz, tym lepiej wiesz,
co z nim zrobić, żeby nie zmarnować dnia. Był taki okres, że nie miałam
praktycznie żadnych zajęć dodatkowych i wtedy czułam, że życie
przepływa mi między palcami. Spoglądając na zegarek zawsze dziwiłam
się, że godzina jest już tak późna. Kiedy zleciało tyle czasu? Przecież
ja nic nie robiłam! Odkąd żyję w ciągłym biegu, nauczyłam się, że zegarek
jest moim przyjacielem, a nie wrogiem! Nie mogę patrzeć, jak moi znajomi
marnotrawią dzień na graniu w gry komputerowe, czy słuchaniu muzyki!
To prawda, że nie każdy ma szansę zorganizować sobie czas w taki sposób.
Główną przeszkodą są ograniczenia pieniężne. Nie każdego rodzica stać,
bo opłacić swojemu dziecu szkołę sztuk walki czy dodatkowe korepetycje.
Jednak to, czy optymalnie wykorzystujemy swój dzień, zależy przede wszystkim od
nas!"
Wkrótce obok Pauli pojawia się sympatyczna brunetka. Serdecznym śmiechem kwituje
puentę koleżanki:
- Pamiętam, że w tamtym roku chodziłam do trzech szkół: lingiwstycznej,
muzycznej i tej naszej.
Nie wspominam tego okresu dobrze. Nie miałam czasu praktycznie na nic. Spotkania
z przyjaciółmi czy
po prostu kilka chwil lenistwa były dla mnie nierealnym marzeniem. Taki tryb
życia wpływał na mnie
co najmniej negatywnie. Strasznie żałowałam, że dzień nie ma 48 godzin, zamiast
marnych 24 -
śmieje się, po czym dodaje z powagą - Nie polecam takiego trybu życia nikomu,
kto nie ma na tyle silnych nerwów, by to wytrzymać.
Jednak większość ludzi zapytana, jak spędziła dzisiejszy dzień, lub jak zamierza
go spędzić,
patrzy po prostu ze dziwieniem:
- Mam zamiar wrócić do domu, zjeść obiad i... - dalej odpowiedzi raczej nie są
zróżnicowane. - Przede wszystkim muszę się wyspać -
stwierdza z powagą Łukasz Modławski, uczeń drugiej klasy. Podobnie zresztą jak
większość jego kolegów.
Widać nauka bardzo ich wyczerpuje...
- Pierwsze co robię po powrocie do domu, to włączam komputer - przyznaje
Mateusz. - W międzyczasie zjadam obiad i wypijam herbatę. Raczej nie uczę się na
bieżąco, a tylko
przed ważnymi sprawdzianami. W ten sposób mam więcej czasu dla siebie.
Pytanie, na co ten czas pożytkuje, kwituje wzruszeniem ramion.
Przecież takie życie musi być strasznie nudne!
Kpiący uśmiech znika z twarzy chłopca, ustępując na moment miejsca powadze:
- Jest. Żebyś wiedziała, jak bardzo!
Drobna i cicha Marzena, uczennica klasy trzeciej, zagadnięta o sposób, w jaki
spędza wolny czas, mówi, że z reguły pomaga w domu, często słucha muzyki
i ogląda ulubione serialne telewizyjne. Gdy nuda doskwiera jej za bardzo,
spotyka się
z przyjaciółmi lub haftuje.
To przecież marnowanie dnia!
- Oczywiście, że nie. W tym roku kończę gimnazjum, muszę poświęcać więcej czasu
nauce,
a poza tym nie mam takich zainteresowań, które chciałabym jakoś specjalnie
rozwijać.
Nigdy nie preferowałam zbyt aktywnego stylu życia. Lubię pomagać w domu, gotować
i sprzątać. A pod koniec dnia jestem zwykle bardzo zmęczona -tłumaczy
cierpliwie.
***
Powoli nad miastem Częstochowa zapada sinawy zmierzch. Gęsta, wilgotna mgła
wciska się za kołnierz, do uszu, do nosa.
"Byle prędzej, byle szybciej do domu."
Drobna osóbka przemierzająca wyludnione już ulice myśli z zazdrością o tych,
którzy właśnie piją gorącą herbatę i wygrzewają się w cieple domowego ogniska.
-Jeszcze kilka minut - mówi - jeszcze kilka minut...
Znudzone twarze wyglądające zza przybrudzonych szyb spowija na moment uśmiech
satysfakcji. Tu ciepło, sucho i wygodnie, a tam zimno i paskudnie.
A jednak kilka godzin później, kiedy sen na nowo zlepia powieki, wyraz znudzenia
na twarzach ludzi spędzających w domu znaczną większość życia przytłacza ledwie
wychwytywalny cień klęski. "Kolejny zmarnowany dzień, dzień, który nic nie
wniósł w moje życie!"
Tej nocy uśmiech zadowolenia rozjaśni inną twarz,
Satysfakcja ukołysze do snu kogoś, kto odważył sie wyciągnąć rękę po swój czas.
Kogoś, kto odważył się żyć, a nie tylko egzystować!
Marta Psykała marzec 2006
Z pamiętnika
młodych zielarzy
Zakazane nie oznacza niedostępne, nieosiągalne. Zakazane oznacza
pociągające i podniecające. Kiedy rozmawiam z nastolatkami, oni są dziwnie pewni
siebie. Na pytanie, co ich najbardziej rajcuje, odpowiadają zgodnie – marihuana
1.MŁODZI GNIEWNI
Krok pierwszy: zmotać towar… czyli, jak zdobyć marihuanę.
Oskar, potężny szesnastoletni chłopak. Od stóp do głów ubrany w
oryginalne ciuchy. Ładny, zadbany, na pewno nie kojarzy się z żadną patologią.
– Bo to nie jest tak, że ja jestem jakiś z marginesu i ćpam –
mówi – wręcz przeciwnie. Maria to jest ekskluzywny towar. Przede wszystkim
dlatego, że nie jest tania. Za jeden pakiecik trzeba dać trzy dychy, a w
pakiecie są może trzy dupy, ale to, jak dobrze pójdzie. To, że nielegalna, to
akurat najmniejszy problem. Częstochowa to zadupie, tu każdy się zna i wie, czym
zajmują się znajomi. Na przykład poznaję kolegów i oni znają jakiegoś dilera,
dają mi cynk i ja też do niego uderzam i tak do usranej śmierci. Poza tym to na
necie można kupić ziarna konopi i każdy może sobie wyhodować własny krzaczek. To
jest oczywiście trochę ryzykowne, ale wydawać 30 zł za każdym razem, kiedy się
chce zajarać, to dopiero przerąbane.
Krok drugi: Jeden buch, drugi buch… czyli, jak się za to zabrać.
Tomek również wygląda na dobrego ucznia i sympatycznego chłopca.
– Ja to myślę, że starzy powinni się cieszyć, że ja sięgam po
marię. Jak byłem młodszy to różnie bywało, w sumie wszyscy wychowywaliśmy się na
mecie. No bo co tu robić, jak piętnastolatkowi wódki nie sprzedają, a poza tym
meta to niezły hardcore. Zdechnąć od tego nie zdechnę, a zabawa jest zajebista.
Ale wracając do marii, to to jest pełna kultura. Bo tu panuje jedna zajebista
zasada: im więcej palisz, tym mniej ci potrzeba do szczęścia. Najpierw spalisz
jedną dupę, a później to już po paru buchach masz jazdę. Oczywiście, jaranie
samo w sobie nie jest taką prostą sprawą. Bierzesz buch i dym trzeba w płucach
trzymać jak najdłużej, ile się da. Wprawdzie czarnuchy na tych swoich luzackich
filmach nawet się marią nie zaciągają, ale to dlatego, że mają jej dużo. My, jak
się w pięciu składamy na pakiet, to dymu nie marnujemy. Dlatego najlepiej palić
w małym pomieszczeniu, żeby to wszystko się w powietrzu unosiło.
Krok trzeci: Żyć, nie umierać… czyli, co po tym właściwie się
czuję.
Tym razem mam przyjemność rozmawiać z dziewczyną. Marta jest w
tym samym wieku co jej koledzy. Śliczna brunetka, uśmiechnięta, zadowolona z
życia.
– Ach… maria to poezja – wzdycha – po wódce się rzyga, tym
bardziej, że ja mam słabą głowę – mówi rozbawiona – więc każdy mój melanż kończy
się z głową… hmm bynajmniej nie w chmurach.
– … z głową w kiblu – wtrącają rozbawieni koledzy, którzy
właśnie podpalają lufkę z marihuaną. – Ale maria – kontynuuje dziewczyna – to co
innego. Kilka buchów i zaczyna się jazda. Wiruje mi w głowie powietrze i mogę
sobie wyobrazić wszystko, co tylko chcę. Uwielbiam wkręcać najaranych kolegów.
Kiedyś wmówiliśmy jednemu, że jest duchem i udawaliśmy, że go nie widzimy. Tak
się przestraszył, że aż mi się go szkoda zrobiło. Jak jesteś narajany, to masz
wszystko w dupie. Cały świat jest piękny i każda rzecz cię śmieszy. Jest kilka
takich charakterystycznych rzeczy dla marii. Na przykład ostatnio włączyliśmy
discmana i mimo, że muzyka leciała ze słuchawek, każdy słyszał jak z radia. Tego
się nie da opisać, jednym słowem żyć nie umierać.
Krok czwarty: Hardcore to moje życie… czyli przypały po marii.
– Po marii na pewno jest mniej przypałów niż po wódce –
stwierdzają zgodnie. – Poza tym jak się ma 16 lat, to hardcore jest całym naszym
życiem. Ostatnio mieliśmy ostry przypał, aż miałem śmierć w oczach w pewnym
momencie. Bo wiadomo, po marii, jak coś sobie wkręcisz, to odczuwasz to milion
razy bardziej. Dajmy na to w kinie na kiepskim horrorze posrałbyś się ze
strachu. Wracając do tematu, ostatnio jaraliśmy z kumplami w piwnicy, a tu nagle
ktoś puka do drzwi. No to my w śmiech, jak się zaczęliśmy śmiać, to po 10
minutach skończyliśmy. A tu słyszymy: „Straż miejska, otwierać!!!”. Spojrzeliśmy
po sobie, konsternacja, ale ponieważ nikt nic nie mówił, to my znowu w śmiech.
Aż w końcu jeden się opanował, dobrze, że był w stanie jeszcze trzeźwo myśleć.
Znalazł w piwnicy tubkę kleju, nalał nam do woreczków i otworzył drzwi.
Strażuchy wparowały i zobaczyli, że nie nadajemy się do rozmowy, więc pomyśleli,
że wąchaliśmy klej, bo za marię to przecież od razu poprawczak. Zwinęli nas na
komisariat i powiedzieli starym, że wąchamy klej. Wtedy to rzeczywiście miałem
trochę na chacie przekurwione, ale tak to luz.
Krok piąty: „Próbuję otworzyć oczy, huk rozlepianych powiek”…
czyli skutki uboczne.
– No fakt – mówią dzieciaki – skutki uboczne są trochę
przejebane. Ma się ochotę wyżreć całą lodówkę. Oczy, jak się otwiera, to
potrzeba tyle wysiłku, że łoo… Ruszyć ręką, to już nie wspomnę. Ogólnie człowiek
nie nadaje się do normalnego życia, nie można się skupić ani nic. Jak się ktoś
zwiesi, to może tak patrzeć w jeden punkt ładnych kilka godzin, ale wystarczy
się porządnie wyspać i wszystko jest już dobrze.
Krok szósty: the legalization… czyli, co z zalegalizowaniem
marihuany w Polsce?
– A jak to jest z zalegalizowaniem? – pytam. – Co o tym
sądzicie?
Chłopcy wybuchają śmiechem, za to Marta mówi:
– To jest tak, że jak zakazane, to lepiej smakuje. Ta stara
zasada sprawdza się tu w stu procentach. Jak się jest młodym, to się kocha
ryzyko. Dlatego wódka czy fajki już tak nie podniecają, bo to robi każdy i nawet
policja ma to w dupie. Mnie osobiście nie przeszkadza, że maria jest nielegalna
i tak dostanę ją na każdym kroku, bo co drugi mój kolega jest dilerem, a
przynajmniej ma takie znajomości.
Jeszcze raz spoglądam na rozmówców. Wszyscy z dobrych domów,
zadbani, uśmiechnięci. Ich matki pewnie nie mają pojęcia, co dzieci robią po
szkole, jak spędzają swój wolny czas, parę pięter niżej, pod mieszkaniem, we
własnej piwnicy. Młodzi przychodzą zmęczeni, mówią, że mieli ciężki dzień w
szkole i idą spać. Rodzice nie wiedzą, że ich pociechy są po prostu naćpane.
Wprawdzie od marihuany jeszcze nikt nie umarł, ale nie wiadomo, co będzie, jak
spotkam ich za parę lat. Ciekawe, czy nadal będą tacy uśmiechnięci, czy w ogóle
będą? W końcu chodzić naćpanym w wieku 15-16 lat to nie lada wyczyn, chociaż w
dzisiejszym świecie już chyba nic nie dziwi. Na pytanie, dlaczego to robią, nie
udzielają jednoznacznej odpowiedzi. Cytują mi w zamian słowa piosenki, które
wszystko mają wyjaśnić: „I nie ważne, że świat, na którym przyszło Ci żyć,
lepszym wydawał się być (…). I nie ważne, że każdy ma tutaj swoje zdanie, Ty
masz swoje słowo: rozczarowanie”.
2.MŁODZI ZNISZCZENI.
Przypominam sobie fantastyczny kabaret, który miałam okazje
niedawno zobaczyć w telewizji, i tekst, który wtedy usłyszałam: „Czy świat wiele
się zmieni, gdy z młodych gniewnych powstaną starzy wkurwieni?”. Doszłam do
wniosku, że te słowa, po maleńkiej korekcie, będą idealnym wstępem do mojej
kolejnej rozmowy: „Czy świat wiele się zmieni, gdy z młodych gniewnych powstaną
młodzi… zniszczeni?”.
Krok pierwszy: dobre złego początki… czyli, jak to się wszystko
zaczęło.
Łukasz, podobnie jak moi poprzedni rozmówcy, też ma 16 lat i
teoretycznie niczym się od nich nie różni, teoretycznie… ma zniszczoną cerę,
podkrążone oczy, nawet szczery uśmiech na jego twarzy nie wygląda przekonująco.
– To nie jest tak, że ja dużo ćpałem, dużo przeszedłem i teraz
jestem już cacy i powiem innym, że narkotyki są be – mówi, odpalając jointa. –
Ja nie jestem szesnastoletnim, zresocjalizowanym idiotą. OK., bywało ciężko, ale
życie nie zawsze jest idealne. Zaczęło się w Sylwestra ubiegłego roku. Kumple
dali mi lufkę z marią. Wtedy pierwszy raz się najarałem. Ja nigdy nie miałem
wystarczająco silnej woli czy osobowości i już pierwszego stycznia, zaraz po
imprezie, wiedziałem, że ten kontakt z marią może być dla mnie groźny – mówi
uśmiechając się, jakby wracał pamięcią do wydarzeń sprzed roku. – Wszystko
potoczyło się w zastraszającym tempie, dużo szybciej, niż myślałem. Maria,
speedy, amfetamina, tabletki nakrapiane heroiną, heroina, gaz z butli gazowych,
klej… czego ja w życiu nie robiłem?
Krok drugi: dzień, który zaczął się marnie… czyli, jak sobie
poradzić.
Łukasz rozgląda się niecierpliwie dookoła, jakby sprawdzał, czy
na pewno jesteśmy sami, czy nikt nie podsłuchuje naszej rozmowy.
– Codziennie wychodziłem do szkoły i wracałem z poobijaną mordą
– zaczyna rozmowę, już trochę spokojniejszy – ciągle wisiałem komuś kasę i za to
w ciągu tygodnia miałem kilka razy nos złamany, tygodnia może dwóch, już
dokładnie nie pamiętam. Koledzy, z którymi jarałem na Sylwestrze, pozostali przy
marii, mnie podniecały już inne rzeczy, stawiałem sobie wyżej poprzeczkę –
śmieje się. – Sprzedałem kiedyś telewizor, bo potrzebowałem kasy na jakiś towar.
Starzy mnie wyrzucili z domu, myśleli, że się opamiętam. Ale ja przenocowałem u
kumpla w piwnicy i razem się naćpaliśmy. Ja nie potrzebowałem wtedy pomocy, bo
nikt nie był w stanie mi jej zapewnić. Historia jak z filmu, co? – pyta mnie. –
Ale prawda jest taka, że to nie leci już tylko w telewizji. To się dzieje w
każdym mieście, na każdym osiedlu, pod każdym blokiem – stwierdza trochę
rozżalony.
Krok trzeci: A miało być tak pięknie… czyli, jak to się wszystko
zakończyło.
Chłopak przerywa rozmowę, zawstydzony spogląda w ziemie, czuję,
że będzie chciał powiedzieć coś, co naprawę go zabolało, nawet wspomnienia
przychodzą mu z trudem.
– Był jeden punkt przełomowy w moim życiu, ale nie chcę za dużo
o tym gadać –zaczyna. – Ćpaliśmy z kumplem i on trochę przegiął. Wtedy
zrozumiałem, że albo się ogarnę, albo od razu pożegnam się ze znajomymi i pójdę
na Rocha poczekać na to, co będzie tylko kwestią czasu. Nie było tak łatwo, ale
miałem silną motywację. W przeciągu roku zostałem ćpunem i wyleczyłem się z
tego, a przecież mam dopiero szesnaście lat. Teraz tylko kulturalnie maria,
jointy, nieraz haszysz. Ale to wszystko, co się stało, cholernie mnie wzmocniło
psychicznie. Teraz jestem zdecydowany i nie ulegam już presji. Chociaż to
kiepska zapłata za to, co przeszedłem. Poza tym nie ma już we mnie jakiejś
naturalnej radości życia. Nie jestem już młodym gniewnym, bo na ten gniew nie
mam już siły i ochoty – Łukasz na chwilę przerywa i zamyśla się. – Gadam jak
taki z telewizji, no nie? co chce wszystkich pouczać, bo ile to on w życiu nie
przeszedł. Wcale nie uważam się za pokrzywdzonego przez los. Mogę tylko
powiedzieć, że marihuana bardzo często otwiera drzwi i wtedy dużo łatwiej
sięgnąć po coś silniejszego. Niektórzy naprawdę szybko wyciągają rękę po własną
śmierć, inni w porę orientują się, że jednak ich życie nie jest takie, jakie być
powinno, ale zwykle bywa tak, że aby to zrozumieć musi wydarzyć się jakaś
tragedia. Schemat zazwyczaj wygląda podobnie: młodzi ćpają, a starzy się
wkurwiają. Jak już się starzy kapną, że ich dzieciak nie jest zmęczony dlatego,
że miał ciężki dzień w szkole, to wtedy codziennie jest zamieszanie na chacie.
Często sięga się po żyletkę, na szczęście większości brakuje odwagi. Różnie to w
każdym bądź razie bywa. Żeby jedni mogli żyć, inni muszą zginąć, tak już jest
ten nasz świat skonstruowany. I może znowu zabrzmię jak idiota, ale chyba nie
warto sięgać po marię, bo życie wcale nie jest parszywe ani idealne czy
fantastyczne, jest tylko takie, na jakie sobie zasłużyliśmy.
Paulina Bareła
Przez miasto z
puszką farby
Grafitti – dla jednych zwykły akt dewastacji, dla
niektórych wyraz buntu, dla jeszcze innych prawdziwa sztuka,
pasja, w którą wkładają całe serce, często wiele ryzykując...
O tym, kto śmierdzi i kto ma lepiej
Nierzadko szare mury blokowisk są traktowane jak tablica
ogłoszeń, czy też miejsce do prowadzenia nieskładnych notatek.
Wystarczy, że przejdę się między blokami, a już wiem, kto kogo
kocha, jaki klub sportowy jest najlepszy, a kto jest zwykłym ch....,
ponieważ w naszym mieście nie brakuje młodych ludzi, którzy
wydają grube pieniądze (farba w sprayu tania nie jest), aby
poinformować o tym przechodniów. Moją uwagę przyciągnęła kiedyś
intrygująca konwersacja prowadzona na jednym z bloków osiedla „Wrzosowiak”.
Napisano w ten oto sposób: „Anarchiści śmierdzą” , na co
anarchiści, w kilka dni potem odpowiedzieli błyskotliwie: „Ale
mogą się umyć, a skiny to psychopaci! Kto ma lepiej?”.

blok na częstochowskim „Wrzosowiaku”
O
tym, co to naprawdę znaczy
– A ja to, słuchaj, jestem
graficiarzem – chwali się mój rówieśnik Adam. Zwyczajny chłopak,
w bluzie i adidasach, uczy się średnio, słucha hip-hopu, w jego
rodzinie się nie przelewa. Żadnych większych nadziei czy
szczególnych konfliktów z otoczeniem.
– Co to właściwie znaczy: być
graficiarzem?
– No, normalnie, kupujesz spraya i
piszesz, co myślisz – odpowiada.
Chwilę potem oglądam jego dzieło
przy ulicy Lechonia. Ot, zwykłe czarne litery „HWDP”.
– Masz z nimi jakieś zatargi?
– Nie, no po prostu.... Wszyscy tak
piszą.... – wzrusza ramionami.
Żeby
pamiętano

„Lepszego
pomnika nie mogliśmy mu postawić niż ten tutaj”
Po rozmowie z Adamem zostaje
niedosyt, a nawet niesmak, ale wkrótce potem spotykam się z
innymi graficiarzami. Z jednym z ich dzieł wiąże się smutna
historia. Razem z nimi na jednym podwórku mieszkał Ślepy, lat
21, bez matury, za to bardzo sympatyczny, prowadził rozrywkowy
tryb życia. To go właśnie zgubiło. We wrześniu 2005, pod
wpływem wybuchowej mieszanki amfetaminy i alkoholu, skoczył z
dachu jedenastopiętrowca, w którym mieszkał. Na ścianie bloku
koledzy namalowali mu swego rodzaju pomnik. Widać profesjonalnie
wykonaną podobiznę Ślepego w niebieskiej tonacji oraz daty jego
urodzenia i śmierci. Na ławce pod blokiem czeka na mnie czterech
dwudziestokilkuletnich mężczyzn, przyjaciół zmarłego. Częstuję
ich papierosami. Działa. Uznają mnie za swoją. Można zacząć
rozmawiać.
– No, wiesz, on był jednym z nas –
mówi Łysy, najbardziej rozgadany i najsilniejszy z grupy,
zapewne przywódca. – Wychowaliśmy się wśród tych bloków.
Mieliśmy zawsze wspólne problemy i marzenia.
Szczególnie związany ze Ślepym był
Docent, jego najlepszy przyjaciel. Docent wygląda niepozornie:
niski, w grubych okularach. Wspominając kolegę wbija wzrok w
śnieg. – My ze Ślepym razem przeżywaliśmy wszystko. Pierwsza
bójka na pięści to z nim. Pierwszy bazgroł na murze, pierwsze
zajaranie trawy... W ogóle, to był jego pomysł, żeby zacząć
sprayować. On był z nas najzdolniejszy, miał taką zajawkę, żeby
na każdym murze coś było, coś kolorowego. – Dlatego lepszego
pomnika nie mogliśmy mu postawić niż ten tutaj – Łysy wskazuje
malowidło. Muszę przyznać mu rację.
O kreatywności
Magazyn firmy Nobiles w podwórzu
przy ulicy Wilsona 22 już z daleka przyciąga wzrok. Frontowa
ściana hali pokryta jest po mistrzowsku wykonanymi
rysunkami.Przyglądam się upiornym twarzom, nierzeczywistym
postaciom, symbolom, tworzącym doskonałą, psychodeliczną całość
dzięki kontrastującym barwom. Najbardziej jednak zaskakujące są
motywy, nadające się raczej do awangardowego muzeum sztuki
współczesnej niż na mur. W oczy rzuca mi się sygnatura u dołu
malowidła: „Varnish gang ‘99” . Zadziwiające jest to, że przez
siedem lat inni graficiarze czy też zwykli wandale nie odważyli
się tego zamalować. Czyżby istniało wśród nich jakieś niepisane
prawo, nie pozwalające na dewastowanie dzieł sztuki?

Magazyn handlowy
firmy Nobiles
O powstanie tych rysunków pytam
Dariusza Ptaka, właściciela filii firmy
Nobiles. – Zleciliśmy temu „gangowi”
pomalowanie magazynu. Wcześniej był szary i brzydki, poza tym
chcieliśmy zareklamować nasze wyroby – przyznaje. – Jeśli pani
chce, to chętnie dam pani numer do Tadzia, on był w tej ekipie
najważniejszy, teraz studiuje w Krakowie na ASP.
W kilka dni potem odbywam rozmowę
telefoniczną z Tadziem, czyli Piotrem Tadzkim.
– Byłem wtedy szesnastoletnim szczylem, ale głowę miałem pełną
pomysłów, fakt. Pamiętam dzień, kiedy to malowaliśmy; jeden
wielki spontan, improwizacja. Pozwoliliśmy rozbujać się naszej
wyobraźni, to było coś niesamowitego. Mówisz, że to jeszcze tam
widać, niezamalowane? – śmieje się. – Musiało się naprawdę
spodobać!

Varnish gang ’99
A może na legalu?
Fakt, że malowanie na murach jest
niezgodne z prawem, z pewnością dodaje undergroundowym artystom
satysfakcji. Jednak czasem dają się skusić na pomalowanie czegoś
legalnie. Przykładem są przejścia podziemne w dzielnicy
„Tysiąclecie”. Władze miasta wyszły na przeciw artystycznym
zapędom częstochowskiej młodzieży, przekazując znaczne środki na
ich twórcze wykorzystanie. Teraz w podziemiach przechodniów
witają postaci z kreskówek, w odrobinę złowieszczej i
zwariowanej scenerii.

Takie wizerunki
można oglądać na ścianach przejścia podziemnego na „Tysiącleciu”
– Legalnie? Nigdy! – krzyczą zgodnym
chórem Łysy i Docent. – To hańba dla graficiarza! Największy
splendor daje malowanie pociągów, gdy mogą cię w każdej chwili
zgarnąć i musisz się śpieszyć – jest ryzyko, jest przyjemność!
Nie uważam jednak, aby pośpiech mógł
być w jakikolwiek sposób inspirujący, zwłaszcza, gdy liczy się
efekt, który jest właściwie istotą tej specyficznej sztuki.
Mając w pamięci słynne dzieło Tadzia i jego ekipy, nie mogę się
przychylić do opinii Łysego. Mimo wszystko, dzięki moim
rozmówcom przekonałam się, iż graficiarzy nie można wrzucać do
jednego worka z wandalami, o ile, oczywiście, umie się odróżnić
żałosne gryzmoły od dzieł sztuki. Jedno jest
pewne: bez mistrzów tego gatunku,
nasze miasto byłoby mniej ciekawe.

Blok przy al. Kościuszki, widok z tramwaju
Tekst i zdjęcia: Karolina Rospondek
CICHE DOBRO
„Bywa, że przychodzą i awanturują się. Dostają chleb, ale nieraz
wymieniają go na wódkę. Ciężko jest czasem rozpoznać, kto jest
naprawdę potrzebujący. A my musimy pomóc”.
CUKIER, HERBATA, OLEJ
Godzina 14. Przed jednym ze sklepików na ulicy Krakowskiej stoi
trzech mężczyzn w średnim wieku, twarze nieogolone, ciężkie
kurtki rodem z lumpeksu. Jeden z nich, wąsaty, lekko się
chwieje. Wszyscy wyglądają na amatorów mocnych trunków. Tematem
dnia i rozmowy jest zamykany w środku dnia sklep. ¬¬
– Szkoda. Czasem dawali na zeszyt.
– Teraz będzie trzeba chodzić spory kawał, bo obok nie dają na
krechę.
– Życie to nie bajka…
Codziennie przechodząc przez dwie równoległe ulice: Krakowską i
Ogrodową mijam zwykłych ludzi, ale nie trudno zauważyć także
osoby potrzebujące pomocy materialnej. Bywają też i tacy, którzy
po spożyciu taniego wina, odbijają się od brudnych murów. Po
prawej stronie Ogrodowej, przy wejściu do Jadłodajni, wystawiono
skrzynki z chlebem, obok kilka wieszaków z ubraniami, parę
krzeseł, na ścianie obraz Matki Boskiej. Skromnie tu, wręcz
ubogo, ale przecież „Stół Świętej Rodziny” przyciąga najbardziej
potrzebujących. Działalność firmuje parafialny Caritas. Pani
Krystyna Michniowska rozmawia z dwojgiem dzieci. Starsza
dziewczynka w podartym swetrze nachalnie chce się czegoś
dowiedzieć.
– Dziś nie mogę, naprawdę, zrozumcie. Przyjdźcie w czwartek–
zachęca.
Pozbyć się dzieciaków nie jest łatwo. Kobieta pokazuje mi duży,
zniszczony od częstego używania zeszyt i mówi:
–Niech pani zobaczy: cukier, herbata, olej. Dostali w
poniedziałek.
ŚWIĄTEK, PIĄTEK I NIEDZIELA
Jadłodajnia nie działa jedynie w Święta Bożego Narodzenia oraz
Wielkiej Nocy. Jest otwarta codziennie. Każdego dnia, już po
mszy świętej, zbierają się ludzie i rozpoczyna się wydawanie
pieczywa. W wielkim i zniszczonym od częstego używania zeszycie
widnieją staranne zapiski, co komu wydano. Są w nim również
adresy sklepów, z których pochodzą artykuły oraz ich ceny.
– Wszystko musi się zgadzać co do grosza, kiedy rozliczamy się z
proboszczem.
W samej parafii jest około 140 obłożnie chorych. Tych ludzi
trzeba odwiedzać w domach. Pani Michniowska oraz osiem
wolontariuszek koordynują swoją pracę.
– Same dzielimy się kamienicami, roznosimy jedzenie i
podglądamy, co kto ma, a czego potrzebuje. Listę i adresy osób
chorych oraz potrzebujących dostarcza ksiądz proboszcz Stanisław
Gębka, który w czasie kolędy podpatrzy, kto naprawdę potrzebuje
pomocy. On sam, wraz z księżmi wikariuszami, w pierwsze piątki
miesiąca chodzi z Panem Jezusem do chorych.
Zbliżają się kolejne Święta Wielkiej Nocy. Pani Michniowska
otwiera przede mną kolorową zrywkę i wylicza:
– Herbata „Saga”, „Dumle”, wafelki, ciastka, czekolada „Wedel”,
nie jakaś czekoladopodobna. Takie paczki dostanie około 130
osób. W Wielką Sobotę ludzie dzielą się tym, co mają. Wrzucają
jedzenie do wystawionych w przedsionkach koszy. Już od rana na
placu Jana Pawła II, przed Katedrą gromadzą się tłumy. Widać, że
stoły w ich domach nie będą suto zastawione. Żadnej szynki czy
innych świątecznych przysmaków. Głodnym wzrokiem wypatrują darów
oraz czekają na swoją kolej.
– Ciekawe co nam przypadnie w tym roku.
– Na kawior nie licz.
– Może jajka Kinder Niespodzianka.
– Może… Takie to świąteczne – żartują.
– Zwykle umawiam po około osiem osób na określoną godzinę, tak
jest bezpieczniej. Czasem musimy wzywać pomoc. Ludzie
przychodzą, awanturują się, później wymieniają chleb na trochę
wódki.
Niska blondynka wtrąca się do rozmowy:
– Tu mieszka dużo rodzin wielodzietnych. Ja sama mam pięcioro
dzieci. Nawet, jeśli jedna osoba w rodzinie pracuje, to i tak
jest ciężko.
DOBRO JEST CICHUTKIE
Ulic jak Krakowska czy Ogrodowa jest w Częstochowie wiele.
Brudne kamienice, rudery i ciemne podwórka oraz ich mieszkańcy
różnią się od lokatorów śródmiejskich bloków czy podmiejskich
willi. W tych zaniedbanych miejscach takie organizacje jak
Caritas są szczególnie potrzebne. Jest to też obszar dla działań
Kościoła.
– Jesteśmy tutaj bardzo potrzebne. A teraz panią przepraszamy,
ale na nas już czas. Musimy iść.
Powoli mijam dobrze znane mi ulice i wracam na zadbane Aleje
Najświętszej Maryi Panny. Z Seki wysypuje się tłum ludzi.
Wiadomo skąd ten tłok: czas na przedświąteczne zakupy… nie można
przecież pokazać się w byle czym.
Ewa Migdalska
Świetlice pełne nadziei
Godzina 14. Głośny dzwonek kończy kolejny dzień w szkole. Z
budynku wybiegają chłopcy z wielkimi plecakami i przechodzą
szybko przez szklane drzwi Świetlicy Środowiskowej przy ulicy
Sportowej w Częstochowie. Na stole w kuchni czeka już gorąca
herbata, słodkie bułki i owoce, ale chłopcy biegną najpierw do
komputera, chcą też przywitać się z innymi. Komputerowy stolik
jest chyba najbardziej obleganym miejscem w całej świetlicy. To
tu spędza się większość czasu. Na korkowej tablicy wisi kartka z
listą, w jakiej kolejności dzieciaki siadają do komputera. Są tu
dzieci w różnym wieku, od siedmioletniego Rafała, po
piętnastoletnie gimnazjalistki. Opiekun, pani Monika, zna
wszystkich bardzo dobrze. Inni przychodzą i odchodzą, ale ona
jest zawsze. Niewysoka, szczupła brunetka czasem wygląda jak
jedna z podopiecznych, ale chyba jako jedyna potrafi zapanować
nad chaosem, który często się tu wkrada. Wydawałoby się, że
niczego nie brakuje, jest komputer, są zabawki, gry, jedzenie,
ładne meble. Pytam panią Monikę, czy czegoś potrzebują:
– Nie narzekam, mamy wszystko, co jest najniezbędniejsze do
prowadzenia takiej świetlicy, ale wciąż brakuje pieniędzy na
wycieczki, wyjazdy, a przecież dzieciaki czasem bardzo
potrzebują zobaczyć coś nowego, poza tą dzielnicą – mówi
ożywiona.
Dzisiejszy dzień nie różni się niczym szczególnym od
poprzednich.
– Lubisz przychodzić na świetlicę? – pytam Rafała.
– No pe... pewnie – jąka się drobny blondynek – tutaj mniej mi
dokuczają i mam się z kim
bawić.
Spoglądam na jego brata Konrada, który gra w piłkarzyki.
– A Konrad?
– Kondzio też lubi, bo tu nas nie zaczepiają i nie biją, no i
zawsze dzieje się coś ciekawego.
Łapię za ramię Bartka, który szybko strząsa moją dłoń.
– Bartek, a ty? Lubisz świetlicę?
– Co się głupio pytasz? Może być.
Bartek jest obrażony na wszystkich, bo wczoraj „wyleciał” za złe
zachowanie. O 16. próbujemy przymusić wszystkich do odrabiania
lekcji, co nie jest prostym zadaniem.
– Mateusz, jak długo już jesteś na świetlicy? – pytam.
– Odkąd powstała. Ja i Bartek byliśmy tu pierwsi – odpowiada z
dumą.
– Mój brat tu chodził i wtedy odchodziły takie historie, mówię
ci, kiedyś wysmarowali podłogę pastą i wszyscy się na niej
wywalali – wtrąca Bartek.
Idę sprawdzić, czy już wszyscy zajęli się swoimi obowiązkami. W
kuchni pod stołem siedzi Borys.
Rozglądam się uważnie, sprawdzam, czy nikogo nie ma w pobliżu i
wchodzę pod stół.
– Co się stało?
– Nic, idź sobie!
Próbuję delikatnie pogłaskać go po głowie.
– Zostaw mnie!
Patrzę, jak łzy spływają po jego buzi umazanej czekoladą.
Podnoszę się powoli i uderzam głową o kant stołu. Borys wybucha
śmiechem.
– Ale z ciebie gapa! – przytula się do mnie mimochodem i szybko
biegnie do innych.
Rytm dnia nadaje tutaj śmiech dzieciaków, ich małe sukcesy,
radości, smutki i łzy. Każdego popołudnia można odczuć, że
świeci tu słońce, nawet jeśli za oknem pada śnieg. Dni nie
dzielą się na dobre i złe, ale pełne śmiechu, zabawy i na te,
kiedy trzeba się uczyć i starać.
– Spytasz mnie z wiersza? – prosi Kamila, drobna
szóstoklasistka.
– No jasne, a jaki to wiersz?
– Haliny Poświatowskiej. „Najbardziej patetycznym strachem
świata jest człowiek, popatrz, oto rozkłada ręce i gromada
świergocących wróbli...” – recytuje.
Zamyślam się
– I jak? Dobrze było? – dopytuje się.
– Bardzo dobrze, może chciałabyś, żeby wszyscy usłyszeli?
– Nie! Oni się będą śmiać – od razu zaprzecza Kamila.
– No, coś ty, taki piękny wiersz.
Odchodzi zła do swoich zajęć. Czasem nie potrafię zrozumieć, co
powoduje, że tak sobie dokuczają, że nieświadomie sprawiają
sobie przykrość, ale to tylko dzieci.
Godzina 16.45. Czas na popołudniową próbę przedstawienia „Mały
książę”. Siadam cicho przy drzwiach wyjściowych i słucham
wyuczonych na pamięć zdań. Bartek staje na środku i próbuje
recytować swoją rolę, ale nie pamięta słów. Ktoś podaje mu
kartkę i chłopiec powoli składa litery. Jest już w czwartej
klasie, ale ma bardzo duże problemy z czytaniem. Kiedy wreszcie
udaje się zakończyć próbę, chłopcy wybiegają na dwór pograć w
piłkę. Widać już pierwsze promienie wiosennego słońca, ale i tak
pani Monika dba, żeby wszyscy założyli kurtki i czapki. Co
stałoby się z tymi dzieciakami, gdyby nie świetlica? Gdzie by
się podziały? Jak spędzałyby czas? Dom, który powinien być
bezpieczną twierdzą, dla nich jest miejscem właściwie obcym,
rodzice, którzy powinni się nimi opiekować, są albo zbyt
zapracowani, albo nie dorośli do swojej roli. Jak wiele jest
dzieci, które nie mają szansy na normalne, szczęśliwe
dzieciństwo? Ile jest dzieci, które nie mają pojęcia, co to jest
dom pełen radości i zabawy? Właśnie dla nich powstają placówki
takie, jak ta świetlica. To tu dzieciaki uczą się nie tylko
nowych zabaw, ale i współpracy, przyjaźni, miłości, uczą się,
jakie wzory zachowań zastosować, jak znależć się w trudnych
sytuacjach, poznają nowe schematy myślenia, odczuwania. Dlaczego
świetlic jest wciąż za mało? Dlaczego urzędy miast nie
zainteresują się losem tych dzieci?
Na ścianie w pokoju wisi lista nakazów i zakazów. Pierwszy
punkt: wzajemny szacunek.
Tego tutaj uczą. Aneta mówi mi:
– Czasem kłócimy się i bijemy, ale to tylko dla zabawy, nie tak
na serio.
Nagle z głośnym śmiechem przybiega do nas dwóch chłopców: Karol
i Sebastian, rodzeństwo, zupełnie do siebie niepodobni. Jeden to
blondynek o niebiańsko niebieskich oczach, drugi szatyn.
– Chodź, pobawimy się w chowanego – ciągną mnie na zewnątrz. –
Ty szukasz!
Zbliża się czas powrotu do domu, zaczyna się sprzątanie.
O 18. wszyscy niechętnie zakładają kurtki, zabierają plecaki,
żegnają się i każdy idzie w swoją stronę, ale jutro znów do
świetlicy zawita słońce w postaci uśmiechów i hałasu. Klucz
wsuwa się do drzwi. Słychać szczęk zamykanego zamka.
– Do widzenia, pani Moniko! – krzyczą dzieciaki.
Dokąd poszliby Konrad i Rafał, których biją koledzy, z kim
bawiłaby się Aneta, której nikt nie lubi, komu recytowałaby
wiersze Kamila, kto grałby w piłkę z Mateuszem, do kogo mógłby
pójść Borys, który chce się uczyć angielskiego, kto uczyłby
Bartka czytać? Gdzie podziałyby się te wszystkie dzieci?
Świetlica daje im nie tylko ciepły posiłek, zabawki, przyjaciół,
ale również mnóstwo ciepła, czułości, troski i opieki, której
nie mogą znaleźć w domu. Słońce chyli się ku ziemi. Słychać
ostatnie śmiechy i pożegnania. Teraz wszyscy z niecierpliwością
będą wyczekiwać jutra wierząc, że nowy dzień przyniesie zmiany,
że świetlica dostanie więcej pieniędzy z urzędu na jedzenie,
zabawki i sprzęty, że uda się wreszcie zapisać Patryka, którego
matka nie ma czasu się nim zajmować, że Daniel, siedmioletni
chłopiec, który zawsze stoi przy ogrodzeniu, kiedy inni grają w
piłkę, wreszcie się odezwie albo uśmiechnie, że żaden z
podopiecznych nie przyjdzie już z siniakami na rączkach, że
żaden rodzic nie wróci już do domu pijany, że nigdy więcej nie
będą musieli się bać i po prostu, że jutro nadejdzie długo
wyczekiwana wiosna.
Sylwia Góra
|
|