|
|
Gwoździem po szkle
FELIETONY
Hipermarkety nasza miłość
„Kocham cię i dam ci wszystko, czego tylko zapragniesz” – zdają
się mówić nasze hipermarkety.
A co na to społeczeństwo? Dajmy prosty przykład. Idzie sobie
stara babuleńka. Spokojnie drepcze po chodniczku. Nagle słyszy
dziwne dźwięki, odwraca się… a tłum dzikich hien biegnie prosto
na nią, przerażona kobieta nie ma gdzie uciec, stoi i właściwie
czeka na śmierć. Miliony bezdusznych istot rzucają się na nią,
tratując. Depczą każdą część jej ciała, a po ich przemarszu nic
już nie da się uratować. Babcia wgnieciona w chodnik zastanawia
się, dlaczego musi umrzeć w ten sposób. Delikatnie odwraca
głowę, patrzy… za jej plecami stoi ogromny hipermarket. No tak,
przecież dzisiaj promocja!
Drastyczne? Może odrobinę. Prawdopodobne? Owszem. Hipermarkety
przyciągają ludzi na wszystkie możliwe sposoby, a my ślepo
podążamy za ich idealnie przemyślanymi pułapkami. Zamiast do
kina, chodźmy do hipermarketów. Tam znajdziemy wszystko, czego
tylko dusza zapragnie. Rzecz jasna, oprócz tego smród, bród,
tandetę i ogólną lipę, ale na to już nie warto zwracać uwagi.
Ogólnie hipermarkety zastępują wszystko. Zajmą się wychowaniem
dzieci, od przedszkola aż po studia i nauczą ich swojej wiary.
Do kościoła wyskoczysz gdzieś miedzy chemią a artykułami AGD, a
wieczorkiem zaprosisz ukochaną na romantyczną kolację w
okolicach stoiska z warzywami. Nieźle, co? I wszystko w jednym
miejscu. Nawet nie musisz się jakoś specjalnie starać. A kto
wie, może niedługo wyjdzie z tego jakiś reality show? Np. Big
Shop – Wielki Market patrzy. Brzmi całkiem nieźle, myślę, że
Polakom się spodoba , a jeżeli jeszcze ktoś doda, że pomysł
przyszedł z Zachodu, to sukces gwarantowany.
Prawda jest taka, że hipermarkety były, są i będą. Bez względu
na opinie ludzi, którzy głośno mówią o swoich ideałach i o tym,
że markety to syf, to i tak w ich domach większość produktów
pochodzi właśnie stamtąd. Społeczeństwo kocha hipermarkety,
promocje i wyprzedaże. Zmienić tego się nie da, można tylko od
czasu do czasu trochę o tym pogadać. Na koniec powiem wam w
tajemnicy, że hipermarkety kochają takie gadanie. Bo jak się
lepiej zareklamować, niż poprzez wywołanie skandalu? Jedni
mówią: smród, bród i tani szajs, a inni idą to sprawdzić. A jak
już jesteś w środku, to wierz mi, oni się tobą odpowiednio
zaopiekują, abyś nie wyszedł z ich sklepu z pełnym portfelem.
Paulina Bareła Grudzień 2005
KTO KOGO WYCHOWUJE???
Ostatnio stałam się świadkiem dość dziwnego zjawiska. Mianowicie
zauważyłam, że w dzisiejszych czasach to dzieciaki wychowują i
podporządkowują sobie nauczycieli. Zapytacie, dlaczego tak
sądzę? Ta myśl nasunęła mi się podczas pewnego wydarzenia. Otóż
wyobraźcie sobie: lekcja matematyki, nauczycielka pisze coś na
tablicy. Jednym słowem NUDY!
No właśnie, a jak nudno, to trzeba by coś wymyśleć. A z tym to
już nie ma problemu, młodzież obecnie jest bardzo kreatywna. Już
po chwili dwunastu chłopców trzyma w ręku papierowe samolociki.
Za moment słychać „macie pozwolenie do startu”. No to
startujemy.
W tym czasie matematyczka udając, że nie widzi przelatujących
nad jej głową konstrukcji, nadal rozwiązuje zadanie. Tak naprawę
modli się w duchu, aby lekcja już się skończyła. Nie może
zwrócić uwagi, bo to obraza słowna, chwycić za rękę, bo przemoc.
Prawie ze łzami w oczach odwraca się w stronę klasy. Nagle co?
Bach! Powiedzmy, że koledzy mieli shita (pecha), bo Pani dostała
między oczy. Wybuch śmiechu. Nauczycielka, z i tak już zoraną
psychiką, zaczyna gorączkowo notować uwagę. A co uczeń na to?
Uczeń na to jak na lato. Na obchodne dorzuca „Powinna się Pani
cieszyć, w liceum to wkładają nauczycielom kosze na głowę”.
Wandal, bezczel, ignorant, jednym słowem gnojek? Nie kochani,
zwyczajny uczeń, zwyczajna lekcja i jak najbardziej zwyczajna
sytuacja. Reakcja rodziców: „w domu jest grzeczny, a jak szkoła
nie potrafi sobie z nim poradzić, to trudno. Poza tym musi się
gdzieś wyszaleć.” W zasadzie niezły tekst. Taki morderca np.
zostawia na ciele swojej ofiary karteczkę: „przepraszam,
musiałem się gdzieś wyszaleć”. Nic dodać, nic ująć.
Paulina Bareła Kwiecień 2006
Czy tanio zawsze znaczy pewnie?
Polacy – z różnych przyczyn, najczęściej są
to względy ekonomiczne – najchętniej kupują samochody używane.
Kupują ich znacznie więcej niż nowych. Ale nabywając taki
samochód, czy to na giełdzie, w komisie, czy z ogłoszenia,
chcielibyśmy być pewni, że kupujemy to, za co płacimy. Bardzo
często bowiem słyszymy, czy też czytamy, o oszustach, których
ofiarami padają nabywcy tych, rzekomo dobrych, bezpiecznych aut.
Niestety, zbyt
często jesteśmy oszukiwani przez sprzedawców nie tylko giełdowych, ale również w
komisach, a nawet przez autoryzowanych dilerów. Pytając o stan techniczny
słyszymy najczęściej, że jest bez zarzutu, samochód nigdy nie brał udziału w
wypadku itp. Przebiegi tych 10- czy 15-letnich samochodów są zazwyczaj znacznie
poniżej 100 tys. km., jakby jeździły nimi tylko starsze osoby, i to na
weekendowe wycieczki poza miasto lub do pobliskiego kościoła. Czasem historia
samochodu udokumentowana jest książką serwisową, co jest europejskim standardem,
cóż z tego, skoro nawet ona bywa, niestety, spreparowana. Wystrychniętych na
dudka przybywa. Pocieszać się mogą ci, którzy nie trafili na samochód kradziony.
Bywają, naturalnie, auta w bardzo przyzwoitym stanie technicznym i o
udokumentowanym pochodzeniu, ale jest to zjawisko dość rzadkie. Generalnie
szkoła motoryzacyjnego surwiwalu nakazuje nam zachować skrajną podejrzliwość.
Proponuję przyszłym nabywcom samochodów używanych, aby
dokonywali zakupów u znajomych importerów lub u takich, których poleci kilka
znanych nam osób. Można też kupować po gruntownym sprawdzeniu stanu technicznego
w renomowanym warsztacie, a także po sprawdzeniu przez Policję legalności
pochodzenia. Pewnie wówczas taki samochód będzie nieco droższy, ale czy nie
lepiej spać spokojnie i być pewnym, że dojedziemy do celu?
Wszak nie mamy do czynienia z supermarketem, proszkiem do
prania i zasadą „TIP” – tanie i pewne. Tu najważniejsze jest nasze
bezpieczeństwo. Za Krasickim możemy, jak owe żaby, w które chłopcy rzucali
kamieniami, powiedzieć: „Dla was (nieuczciwi sprzedawcy) to igraszki, nam idzie
o życie”.
Kodeks drogowy przypomina, iż podczas jazdy stosujemy
zasadę ograniczonego zaufania w stosunku do innych użytkowników dróg. Ja tę samą
zasadę polecałbym w kontaktach z handlarzami samochodową starzyzną.
Kamil Orliński
kwiecień 2007 r.
Mieszkanie na kwadratach
Czy skłamałbym twierdząc, że w 250-tysięcznym mieście, które nawiedza kilka milionów pielgrzymów rocznie, można zamieszkiwać jego najpopularniejsze miejsce za darmo?
Otóż nie, bowiem w centrum Częstochowy, na sławetnych "kwadratach", pomieszkuje grupka zapitych obdartusów. Jasnym jest, że potrzebowałbym nakładów finansowych rzędu kilku tysięcy złotych, aby najpierw zniszczyć się alkoholem do takiego stopnia, że nie zostałoby mi już nawet mieszkanie, za to później mógłbym żyć za najniższe minimum w postaci kilku złotych dziennie. Plus co najmniej 3 zł na niezbędny, codzienny dopalacz marki "Wino". Po osiągnięciu takiego statusu, delektowałbym się wygodnymi klombami i ławkami w najbardziej uczęszczanym przez częstochowian miejscu. I to bez oddawania pieniędzy fiskusowi.
Kim jest owa "elita"? Wyglądają na szczęśliwą rodzinę, połączoną nie genami, lecz kolejami losu. Chociaż, czy oni tak naprawdę istnieją? Na pewno nie są nigdzie zatrudnieni, prawdopodobnie nigdzie niezameldowani, nie korzystają ze służby zdrowia czy innych socjalnych przywilejów, ale też sami nie ofiarują nic na rzecz naszego cudnego państwa. To ciekawe, że widzą ich wszyscy, a nie przyznaje się nikt. Przypadkowi przechodnie wyśmiewają tę barwną grupkę koczowników, policja także. Za to straż miejska ucina sobie z "kwadratową awangardą" pogawędki.
Miliony polskich złotych oraz euro z funduszy unijnych wkładane są w podnoszenie miasta na tzw. "international level", czego świetlanym przykładem jest wyremontowana III Aleja, głównie dla dogodzenia obcokrajowcom. W innych miastach działa podobny mechanizm, bo chodzi oto, by "żyło nam się lepiej", by nasze miejskie pejzaże niewiele się różniły od tych prawdziwych światowych metropolii. Ale czy przy takich nakładach i staraniach John Smith, Sakon Nakamura, Jose Rodriquez przybywający do duchowej stolicy Polski w celach turystycznych, czy nawet taki Damian Klos, mieszkający tu na codzień, muszą być raczeni widokiem much latających ponad obwiniętymi bandażem stopami przepitego, miejskiego Nomada? Widocznie dostrojenie się polskich "metropolii" do obecnie obowiązującego poziomu miast europejskich jest tak samo druzgocąco szybkie, jak grajków Leo Beenhakkera do mistrzów piłki nożnej.
Damian Klos
Październik 2008 r.
"A prawdziwa muzyka kisi się w małych klubach ..."
Chcąc ubarwić sobie jeden z wieczorów, przysiadłam na chwilę przed telewizorem. Przerzucam kanały i już przy drugim trafia mnie szlag! Oczom moim ukazuje się jakaś duża scena, impreza w komercyjnych barwach, gdzieś tam w tle wielki napis "Londyn" (z czego wywnioskowałam lokalizację tego przedsięwzięcia), a uszy moje słyszą prostackie dźwięki, tandetne teksty i cienkie głosiki, pożal się Boże, wokalistów. Oto "elita" polskiej sceny muzycznej: Doda, Perfect, Lady Pank, Wilki itd. Panowie po 40-stce, a nawet może i dalej, śpiewający o niespełnionych miłościach, młodzieńczych porywach, buncie i tym podobnych bzdetach. Plus blondynka: z dużymi, dmuchanymi walorami, wyzywającym ubiorem i czymś, co trudno nazwać talentem, chyba, że będzie on prezentowany w nocnym lokalu z rurą.
Słucham i zastanawiam się, kto i po co posłał te polskie "gwiazdy" do Londynu. Ja rozumiem, gdyby to był jakiś Ciechocinek, Bełchatów, to proszę bardzo! Ale nie ośmieszajmy się, to jest Londyn, to miejsce zobowiązuje. Jest ono marzeniem większości artystów, wybitnych wokalistów i znakomitych muzyków. Tacy podbijają tamtejszą publikę.
Kto i dlaczego wytypował polskich tandeciarzy do udziału w tej imprezie, nie dając szansy dobrym, ambitnym muzykom, których w Polsce przecież nie brakuje? W efekcie polski występ na pewno wyspiarzy nie zachwycił, mógł, co najwyżej, wywołać u Anglików uśmiech politowania, a w nas, Polakach choć trochę zorientowanych muzycznie, oburzenie i niesmak, że jak zwykle, to, co dobre, spychane jest do podziemia, a tandeta ma się świetnie.
To się chyba nazywa polska specjalność.
Natalia Jackowska
Wrzesień 2008 r.
Cząstka Afryki
Mogłoby się wydawać, że porównując polskie miasto, dajmy na to Częstochowę, do skrawka środkowej Afryki zamieszkałej przez masę różnorodnych plemion jestem szalony, ale czy aby na pewno?
Porównanie takie nasuwa mi się nieodparcie, kiedy przechadzając się ulicami Świętego Miasta spotykam wielu miejscowych odpowiedników Zulusów, Ipo, Kikuju itd. Jedni noszą glany, ciemne płaszcze i długie, zwykle ciemne włosy, inni za to mają naszywki w barwach narodowych i łyse glace. Kolejne armie zagrażającej mojemu bezpieczeństwu posiadają niepodważalne argumenty w postaci dresów i kolorowych szalików, w barwach którejś z ich ulubionych drużyn: siatkarskich, piłkarskich, żużlowych, koszykarskich. Ważne, że wszystkie one pochodzą, nomen omen, z tego samego miasta. A jest jeszcze i takie plemię, niezbyt może liczne, które wpisuje się w klimaty Dzikiego Zachodu swymi barwnymi "irokezami". Swoją drogą, dziwna obsesja na punkcie stanu i stylu owłosienia mózgoczaszki.
Czym są ich włócznie? Zgodnie z przynależnością plemienną używają albo ciężkich butów, albo pięści, albo też kijów bejsbolowych, kastetów czy innych przedmiotów codziennego użytku, lecz wbrew ich przeznaczeniu. Dobrze, że "nasza Afryka" nie inspiruje się tą z hollywoodzkich filmów, czyli noszącą workowate ciuchy i metalowe łuki z ołowianymi strzałami wpiętymi za pas. Tarczę każda z armii ma taką samą. Są nią współplemieńcy, ziomkowie. Być może posiadający inne charaktery, inne upodobania, ale wyglądający tak samo. I to jest najważniejsze. Zwykle bronią oni bardzo zaciekle swoich pobratymców, lub też solidarnie z nimi atakują.
Za co mogę zostać zaatakowany? To zależy od wielu czynników. Mogę wyglądać nie tak, jak im się podoba, mogę słuchać innej niż oni muzyki, nie znać treści modłów do ich boga, przybierającego np. postać klubu piłkarskiego, bądź, jeśli odprawiali rytualne spożywanie alkoholu, nie muszę nic specjalnego robić; wystarczy, że pojawię się w nieodpowiednim czasie i miejscu.
Jak powstrzymać te plemienne wojny? Chyba jest to niemożliwe. Nawet policja, pełniąca rolę kolonizatorów używających siły, nie potrafi spacyfikować walczących. Tak więc w środku Europy, w kraju ucywilizowanym, wśród ludzi połączonych historią, martyrologią, językiem, kulturą, możemy ujrzeć cząstkę tej prawdziwej Afryki: plemiennej, walczącej, okrutnej i brutalnej.
To wiele mówi o naturze ludzkiej, o tym mianowicie, że pod cienką warstewką cywilizacji drzemią w niej krwiożercze instynkty. I często się budzą, niestety, w najmniej spodziewanym miejscu i czasie.
Damian Klos, październik 2008 r.
"Łikendowe trio"
Piątek, tygodnia koniec i początek. Szkoła, zimne, deszczowe popołudnie. Wśród stosu metalowych podłużnych pudeł grupka przeciętniaków zakłada kurtki. Nie udało mi się nie usłyszeć, o czym rozmawiali, więc będę konfidentem i przekażę ten interesujący dialog.
Pierwsze, zasadnicze pytanie wyplute z ust najwyższego:
- Gdzie się dziś naje.... ?
- Chodźcie do "Dona", podobno nie sprawdzają dowodów. - Z miną pokerzysty odpowiedział wycelowany obiekt pożądania nastolatek.
- No, ale jak nas nie wpuszczą? -pojawiają się wątpliwości niskiego bruneta o twarzy świeżego pączka.
- Eee tam, zobaczymy. A nawet jeśli nie, to mój ziomek idzie tam z jakimiś dupami i nas wkręci na bank. - Odrzekł z przekonaniem żelowy hazardzista. A tak na marginesie, to nazywanie dziewczyn "dupami" jest takie romantyczne...
- No ok., to jak się ustawiamy? - zapytał dryblas.
-Niech będzie 20:00 na kwadratach. Obalimy tą moją 0,7 i pójdziemy na bans. - To było postanowienie brylantynowego lidera tego uroczego trio. Po czym dało się już tylko usłyszeć krótkie zdania akceptacji pomysłu. Dla ścisłości dodam jeszcze, że scenka miała miejsce nie w "budowlance", czy "gastronomiku", lecz w elitarnym liceum ogólnokształcącym, czyli tam, gdzie uczęszcza kwiat młodzieży polskiej, duma i przyszłość narodu.
Po ciężkim tygodniu młodzi relaksują się na różne sposoby. Jedni tańczą i piją, drudzy dla odmiany... też piją i tańczą, a jeszcze inni przedstawiciele polskiej młodzieży spędzają weekendy tak, jak to opowiedziałem. No cóż panowie i panie, tak tej Polski nie zbudujemy.
Damian Klos, listopad 2008 r.
"To jedzie młodzież"
Kolejny poranek w autobusie. Rozglądam się w poszukiwaniu znajomych
twarzy. Otwierają się drzwi i wysiadają oni - anonimowi towarzysze moich
podróży. Na oko mają po 17lat. Zalotne spojrzenie z lekką alkoholową
mgiełką i czerwonym błyskiem. Spodnie wydymają się z dołu, co sprawia
wrażenie, jakby nie zdążyli do toalety, bluzy jak po starszym bracie,
gigantyczne białe buty, obowiązkowo niedowiązane. Jeden polski Eminem, a
drugi 50cent. Dałabym mu dolara, byleby zamilkł. Niestety, dobiegają
mnie ich ochrypłe głosy -pamiątka wczorajszej libacji.
- ...Człowieku, czuje niedosyt po wczorajszym...może zrobimy sobie
poprawiny?
- Nie wiem...Jutro buda...facetka będzie pytać, k..., znowu nie przyjde
to zadzwoni do moich starych i będę mieć zajeb na chacie.
- Olej to...co będziesz gnić w budzie tyle czasu...lepiej skoczmy na
vive, będzie grał feel.
-...pieprze feela...ważne, żeby fajne foczki były!
-To dzisiaj na bieganie! weź Angelo -tak na poprawienie humorku, OK?
Z żalem opusciłam autobus tracac końcówkę tej niebywale interesującej
konwersacji.Szkoda, że nie mam tak ciekawych planów na wieczór.
Zdecydowanie jednak wolę swoją "nudną" rzeczywistość, choć jednocześnie
mam świadomość, że pewnie istnieje tylko garstka młodych ludzi,
wyznających jakieś inne wartości niż te z pod monopolki. Młodzież miała
być wielka, no może i jest, ale ma słabe fundamenty.
Paulina Leśniczek
listopad 2008 r.
"Fajna laska z sianem w głowie"
Listopadowa środa, godzina 8:00., szaro, zimno. Czekam na przyjazd czerownej, rozklekotanej kupy złomu zwanej tramwajem. Obok mnie na zdezelowanej ławce siedzi czwórka moich znajomych. Po prawej stronie wisi kolorowy plakat jakże "wielkiej" gwiazdy (oczywiście, nie wielkiej pod względem talentu, którego i tak nie ma za grosz) - Dody alias Doroty Rabczewskiej. Po kilku sekundach słyszę z ust moich równieśników soczyste komentarze na temat ubioru tej seksownej blondynki, choć nie wiem, czy ubraniem można nazwać parę skrawków materiału, jej wyglądu i figury. Słysząc te zachwyty, mlaskanie i cmokanie, zaczynam się w duchu śmiać. Jak niewiele potrzeba facetom do szczęścia! Wystarczy farbowana blondynka, koniecznie z dużym biustem, najlepiej bez mózgu, taka dmuchana lala. Ale czego wymagać od mężczyzn, skoro większość "fajnych lasek" utożsamia się z wzorcami z plakatów, promującymi silikon, plastik i farbę? Wystarczy spojrzeć na dziewczyny, które mija się na ulicy. Piękne blond włosy, najczęściej farbowane, na twarzy tapeta o grubości dziesięciu centymetrów, biżuteria widoczna z daleka, no i oczywiście odpowiednie ciuchy. Ciuchy kupione w drogich, markowych sklepach, bo przecież żadna "gwiazdka" nie może chodzić w łachach z wyprzedaży. I w ten oto sposób przeciętna idiotka staje się istnym klonem Dody i jej podobnych. A mnie to jakoś nie kręci, wręcz przeciwnie. Dla mnie ważne jest wnętrze, opakowanie się nie liczy. Czy coś ze mną nie tak?
Marcin Przybylak, listopad 2008 r.
"Bussiam KoFFanie"
14 lutego 2001 roku został uruchomiony serwis internetowy o wdzięcznej nazwie "fotka.pl". Zastanawia mnie fenomen tego portalu, a także naiwność i, przepraszam za bezpośredniość, głupota użytkowników. Swoją drogą już widzę wycelowane w moją stronę armaty. "Co ty tam wiesz!" - zakrzyknie osobnik X dodając szybko, że jego zdjęcia też widnieją na witrynach "fotki", a jego znajomi to naprawdę fajni ludzie.
Jeśli rzeczywiście fajni, to z góry przepraszam, ale dam sobie głowę uciąć, że to tylko nieliczne wyjątki potwierdzające regułę. Zaczynam moją podróż w nieznane. W okienko wyszukiwarki wpisuję znany mi adres fotki mojej "koleżanki". Już na samym początku atakują mnie brutalnie mało wyszukane, wręcz wyuzdane, emanujące cielesnością zdjęcia piętnastolatki. Dalej odkrywam kuse spódniczki, odważne dekolty, tipsy i mocny makijaż, fundamenty, na których niebywale mocno trzyma się każdy z dziewczęcych profili. Przeglądam zdjęcia jedno po drugim trafiając w końcu na fotografię z czasów przedszkolnych. Trudno uwierzyć, że ta słodka buzia zmieniła się tak bardzo. Wpisuję kolejne adresy, lecz to bez różnicy, wszędzie spotykam te same miny, gesty, fryzury...
Dostrzegam pod zdjęciami podopisy, a raczej, jak zwykli mówić sami użytkownicy, dedykacje: "Dla Asi, bo sexowną dupą jest", "Bo lubi chodzić na lodo<3" czy też: "KoFFanie Busiam pikczersss for juuuu". Kto by pomyślał, że z angielskiego ledwo wyciągnęła dwóję? Na zakończenie z nadzieją klikam na zakładkę Opisy. Po zapoznaniu się z tabelą między innymi na temat alkoholowych preferencji właściciela, zaczyna się fragment Coś o mnie, który okazuje się deserem przyprawiającym o mdłości po bardzo ciężkostrawnym daniu głównym. Skopiowane wierszyki, dziwne "wyliczanki" i "alfabety"... Czego ja się głupia spodziewałam? Naciskam guzik monitora chcąc jak najszybciej uciec z tego chorego świata. Świata, który mnie otacza.
Patrycja Dziadek
Grudzień 2008
"Ballada byle jaka o robieniu idioty z Polaka",
czyli kicz na topie...
Kap, kap, kap..., deszcz bębni w szyby, a jednak w pokoju panuje nieznośna cisza, która wymaga wypełnienia. Włączam radio:
"Szary wieczór bez opcji na miłość, pełny klub aaaa miało być kino, wolne miejsce ważne ze bursztyn, na czysto pierze nam mózgi" - dociera do moich uszu, zanim z przerażeniem w oczach wyrywam wtyczkę z kontaktu. Nie, nie, nie! Co za bełkot! Wracam do moich starych, zużytych płyt: Dżem, Kaczmarski, Coma. Przecież piosenka jest po to, by nieść ze sobą także jakiś przekaz, przesłanie, refleksję, okruch myśli jakiejś, a nie po to, żeby być! Durne, płytkie teksty i tandetną muzykę tworzą tzw. artyści, którzy są nastawieni na kulturę masową. Dla nich liczy się wyłącznie ilość sprzedanych płyt, a także to, aby odbiorcą mógł być każdy, nawet idiota. I niestety, polski rynek oraz stacje radiowe zdominowała właśnie taka "twórczość" muzyczna:
dla idiotów. Ambitni muzycy, prawdziwi artyści, np. grający punk, hip-hop, reggae ect. tworzą muzykę dla wąskich grup odbiorców. Chcą przekazać to, w co wierzą, co jest ich stylem i sensem życia. Są autentyczni, dbają o poziom artystyczny swych utworów, szanują słuchaczy. Artyści komercyjni piszą to, co większość chce usłyszeć. Oni nie śpiewają trudnych czy wyszukanych tekstów, nie ma w nich nic o problemach w kraju, kulturze czy religii. Tylko "Kiedy księżyc jest w nowiu, Ludzie mówią I love you". I tak na okrągło. W rytmie "łubu du bu, umpa, umpa".
W muzyce chociażby rockowej każdy "riff" jest niepowtarzalny, każdy wokalista ma swój styl, inny głos (nie głos robota), a perkusista i basista tworzą sekcję rytmiczną o innym brzmieniu. Pozwolę sobie zacytować tekst zamieszczony na forum internetowym: "Nawet małpa potrafi wziąć kij i naparzać nim miarowo w beczkę".
Natomiast żeby zagrać riff gitarowy, brzdąkać na pianinie, czy chociaż napisać tekst piosenki trzeba dysponować jakimiś umiejętnościami. W techno, które opiera się na dźwiękach z syntezatora, albo popie, gdzie śpiewa się często z plejbecku, a teksty pisane są pod publiczkę - umiejętności nie są potrzebne, a już talent wydaje się całkiem zbędny. Zatem na koniec zamieszczę krótki przepis na muzykę rozrywkową: włącz odkurzacz, potrąć ręką wazon, odpal mikser, uderz głową o stół, a na końcu krzyknij "Extazi" - i hit gotowy.
O ile przez minutę zdołam jeszcze wytrzymać badziewny podkład muzyczny, to kretyński tekst wkurza mnie w pięć sekund. Trzeba mieć kurzy móżdżek, by znieść takie gnioty: "Już pod koniec dnia, Widzę obraz Twój. W pustej szklance, Pomarańczę, To dobytek mój", albo "Outlook express no messages, co to się stało na, na, na.''
A już promowanie tego "gówna", to przekraczanie wszelkich granic. Chyba, że chodzi o to, by wychować młode pokolenia na stado baranów i ciągle wciskać im kicz.
" Bo wieża Babel z mową zrobiła swoje, ale ze świadomością nieco mniej ". Kto to powiedział?
Paulina Leśniczek, listopad 2009 r.Kap, kap, kap..., deszcz bębni w szyby, a jednak w pokoju panuje nieznośna cisza, która wymaga wypełnienia. Włączam radio:
"Szary wieczór bez opcji na miłość, pełny klub aaaa miało być kino, wolne miejsce ważne ze bursztyn, na czysto pierze nam mózgi" - dociera do moich uszu, zanim z przerażeniem w oczach wyrywam wtyczkę z kontaktu. Nie, nie, nie! Co za bełkot! Wracam do moich starych, zużytych płyt: Dżem, Kaczmarski, Coma. Przecież piosenka jest po to, by nieść ze sobą także jakiś przekaz, przesłanie, refleksję, okruch myśli jakiejś, a nie po to, żeby być! Durne, płytkie teksty i tandetną muzykę tworzą tzw. artyści, którzy są nastawieni na kulturę masową. Dla nich liczy się wyłącznie ilość sprzedanych płyt, a także to, aby odbiorcą mógł być każdy, nawet idiota. I niestety, polski rynek oraz stacje radiowe zdominowała właśnie taka "twórczość" muzyczna:
dla idiotów. Ambitni muzycy, prawdziwi artyści, np. grający punk, hip-hop, reggae ect. tworzą muzykę dla wąskich grup odbiorców. Chcą przekazać to, w co wierzą, co jest ich stylem i sensem życia. Są autentyczni, dbają o poziom artystyczny swych utworów, szanują słuchaczy. Artyści komercyjni piszą to, co większość chce usłyszeć. Oni nie śpiewają trudnych czy wyszukanych tekstów, nie ma w nich nic o problemach w kraju, kulturze czy religii. Tylko "Kiedy księżyc jest w nowiu, Ludzie mówią I love you". I tak na okrągło. W rytmie "łubu du bu, umpa, umpa".
W muzyce chociażby rockowej każdy "riff" jest niepowtarzalny, każdy wokalista ma swój styl, inny głos (nie głos robota), a perkusista i basista tworzą sekcję rytmiczną o innym brzmieniu. Pozwolę sobie zacytować tekst zamieszczony na forum internetowym: "Nawet małpa potrafi wziąć kij i naparzać nim miarowo w beczkę".
Natomiast żeby zagrać riff gitarowy, brzdąkać na pianinie, czy chociaż napisać tekst piosenki trzeba dysponować jakimiś umiejętnościami. W techno, które opiera się na dźwiękach z syntezatora, albo popie, gdzie śpiewa się często z plejbecku, a teksty pisane są pod publiczkę - umiejętności nie są potrzebne, a już talent wydaje się całkiem zbędny. Zatem na koniec zamieszczę krótki przepis na muzykę rozrywkową: włącz odkurzacz, potrąć ręką wazon, odpal mikser, uderz głową o stół, a na końcu krzyknij "Extazi" - i hit gotowy.
O ile przez minutę zdołam jeszcze wytrzymać badziewny podkład muzyczny, to kretyński tekst wkurza mnie w pięć sekund. Trzeba mieć kurzy móżdżek, by znieść takie gnioty: "Już pod koniec dnia, Widzę obraz Twój. W pustej szklance, Pomarańczę, To dobytek mój", albo "Outlook express no messages, co to się stało na, na, na.''
A już promowanie tego "gówna", to przekraczanie wszelkich granic. Chyba, że chodzi o to, by wychować młode pokolenia na stado baranów i ciągle wciskać im kicz.
" Bo wieża Babel z mową zrobiła swoje, ale ze świadomością nieco mniej ". Kto to powiedział?
Paulina Leśniczek, listopad 2009 r.
|