OKNO NA KULTURĘ
RECENZJE FILMOWE, TEATRALNE,
MUZYCZNE ORAZ WYWIADY Z CZĘSTOCHOWSKIMI TWÓRCAMI
„Poszukując skarbów w swojej wyobraźni, chcę się nimi podzielić”
Rozmawiamy z Tomaszem Sętowskim,
znanym częstochowskim artystą malarzem, założycielem Muzeum
Wyobraźni w Częstochowie
W roku 1995 Pańskie prace
włączono do objazdowej wystawy „Surrealiści polscy”. Czy można
uznać, że ta wystawa przyczyniła się do zdobycia popularności?
– Na pewno zapoczątkowała jakiś etap
w moim życiu artystycznym, bo zetknąłem się wtedy z wybitnymi,
polskimi malarzami takimi jak: Beksiński, Starowieyski,
Duda-Gracz. Pochlebiło mi, że mogłem się znaleźć w tak doborowym
towarzystwie. Ta wystawa jednocześnie zwróciła uwagę krytyków i
otoczenia, znalazła też szeroki oddźwięk w różnych miejscach w
Polsce, ale, czy zadecydowała o mojej karierze tak mocno, nie
jest oczywiste. Powiedziałbym, że raczej nie.
Nurt do jakiego zalicza się
Pańskie prace to „realizm magiczny” czy też „realizm
fantastyczny”. Skąd takie widzenie świata? Dla mnie Pana
malarstwo to jakby świat w krzywym zwierciadle.
– Jak wiadomo, korzenie tego
malarstwa biorą się z surrealizmu, później trzeba było to jakoś
nazwać, bo przestało nim być. Surrealiści inaczej pracowali nad
obrazem i przyświecały im inne idee, ale skojarzenie z
surrealizmem jest najbliższe. W tej chwili to, co robię i co
robią przedstawiciele tego gatunku, można określić szerokim
pojęciem realizmu fantastycznego. To, co staramy się przedstawić
– wymyślamy, a więc bierze się to również z naszej wyobraźni.
Padło stwierdzenie: „w krzywym zwierciadle”. Wyobraźnia wiele
rzeczy deformuje, nie zawsze bowiem rządzi się ona prawami
konkretnego wymiaru, często dochodzi właśnie do pewnych
przekształceń, przeskalowań.
Pańskie obrazy kojarzą mi się z
„Alicją w krainie czarów”, wydają się być magiczną podróżą.
Dokąd chce nas Pan zabrać?
– Z literaturą sporo mnie łączy,
dlatego moje malarstwo może się kojarzyć z „Alicją w krainie
czarów”, a nawet powinno, ponieważ zilustrowałem wcześniej tę
powieść. Mogę też wymienić innych bohaterów literackich, którzy
mnie fascynują np: Don Kichot, Guliwer. Ten ostatni dał mi chyba
największą szansę zagrania wyobraźnią. Literatura jest dla mnie
jedną z form inspiracji.
Jest Pan uznawany za jednego z
najoryginalniejszych i najzdolniejszych artystów młodego
pokolenia, ma Pan stoisko na nowojorskim ARTEXPO. Wielu młodych
ludzi marzy o tym, co Pan osiągnął. Może poda Pan teraz przepis
na sukces?
– Szczerze mówiąc nie ma takiej
recepty. Bardzo ważne jest, żeby konsekwentnie realizować
pomysł, który gdzieś tam drzemie. Wszystko zaczyna się od
jednego obrazu; jeśli otworzy się wyobraźnia i przyjdzie pomysł
na malowanie następnych, to wtedy jest już reakcja łańcuchowa,
kolejne prace, wystawy, pomysły itd. Dziś już nie można
powiedzieć, że zaliczam się do młodego pokolenia, raczej
średniego, ale w sztuce granice wieku przesuwają się bardziej
niż w sporcie czy innych dziedzinach, więc może jeszcze należę
do młodego, chociaż już nie najmłodszego pokolenia.
Miał Pan bardzo wiele
indywidualnych wystaw: w Niemczech, Francji, Austrii, Polsce,
ale może któraś z nich ma dla Pana szczególne znaczenie?
– Największym przeżyciem był dla
mnie wyjazd do Stanów, gdzie spróbowałem wystawiać się sam i
sprzedawać swoje prace na targach sztuki. To było 6 lat temu i
nie znając wówczas tamtego rynku, pojechałem z walizką wypchaną
obrazami. Na targach zacząłem je pokazywać indywidualnie, pod
szyldem Muzeum Wyobraźni. Ten moment miał przełomowe znaczenie,
zrozumiałem wtedy, że świat stoi przede mną otworem.
Obrazy są dla artysty niczym
dzieci, a wszystkie dzieci kocha się jednakowo, ale może jest
tak, że z którymś z tych obrazów jest Pan najsilniej związany
emocjonalnie?
– Są takie obrazy i czasem jest mi
trudno się z nimi rozstać, ale przyzwyczaiłem się do tego, że
dzielę się tym, co namaluję. Sprzedając moje obrazy dzielę się z
odbiorcami tym, co najcenniejsze i jednocześnie cieszę z
dokonanego przez nich wyboru.
Wielu artystów przyznaje się, że
ma swoje muzy. A czy Pan ma swoją?
– Szczerze mówiąc maluję kobiety z
natury, nie zatrudniam modelek. Sądzę, że przez wiele lat moją
muzą była żona i chyba nią pozostaje. Myślę, że jednak trudno
byłoby się tutaj precyzyjnie określić.
Często nawiązuje Pan tytułami
swoich obrazów do dzieł starych mistrzów. Którzy malarze wywarli
największy wpływ na Pańską twórczość?
– Rozwój malarstwa fantastycznego
zaczyna się od Hieronima Boscha. Od tego malarza rozpoczyna się
droga ku fantazji, on ją zapoczątkował, nie zdając sobie chyba
sprawy, że jest prekursorem surrealizmu. Później pojawili się
inni, że wymienię Goyę czy Salvadora Dali. Nie miałbym nic
przeciwko temu, żeby na końcu tej drogi ktoś wymienił mnie.
Wiadomo, ze zależało Panu na
otwarciu własnego Muzeum w rodzinnej Częstochowie i w 2001 roku
udało się. Mamy Muzeum Wyobraźni Tomasza Sętowskiego. Dlaczego
to było dla Pana tak ważne?
– Zależało mi przede wszystkim na
tym, żeby stworzyć nietuzinkowe miejsce, w którym będzie
prezentowana sztuka. Chciałem odejść od standardu, że jest
pomieszczenie, wiesza się w nim obrazy i na tym koniec. Ja
pragnąłem stworzyć galerię autorską, w której będzie coś więcej
niż tylko obrazy. Zawsze w moich marzeniach była aranżacja,
która ma wprowadzić widza w świat moich obrazów i powoli to
realizuję. Coraz bardziej zagęszczam pomieszczenie rekwizytami.
Czasem widza to zaskakuje, czasem straszy albo pomaga w
zrozumieniu mojego świata. Z drugiej strony wiedziałem, że jeśli
nie zrobię tego sam, za życia, to ktoś może potem o to nie
zadbać, więc wolałem uprzedzić fakty.
Wiemy, że promuje Pan młodych,
utalentowanych artystów z różnych dziedzin sztuki. Proszę
powiedzieć coś więcej na ten temat.
– Pracuję z młodymi talentami na
wielu płaszczyznach. Zatrudniam ich jako współpracowników,
asystentów, innym udzielam lekcji malarstwa. Skupiam wokół
siebie ludzi, których interesuje malarstwo fantastyczne i malują
w tym duchu, którzy są w tym rozmiłowani i chcą podążać drogą,
którą ja podążam. Zależy mi na tym, by edukować młodzież
„fantastyczną” i pomóc jej w starcie.
Pańskie prace są już rozpoznawane
i wystawiane w Nowym Jorku, Dallas, Rotterdamie, Las Vegas,
Francji, Niemczech, więc co dalej? Jakieś szczególne plany?
– Przygotowuję się do wystawy w
Dubaju, zupełnie nowym miejscu, gdzie rynek sztuki jest dla mnie
całkowitą zagadką. Moje obrazy zostały tam zauważone i dostałem
propozycję zrobienia ekspozycji. Liczę, że zakończy się ona
sukcesem, przynajmniej komercyjnym, a ja poznam tamtą kulturę,
otoczenie i zobaczę, jak moje obrazy są odbierane w tamtym
regionie. Zawsze jest tak, że bez względu na to, czy moje
nazwisko jest znane, czy nie, odbiorcy nie pozostają
wobec moich prac obojętni. Nie wiem, jaki gust panuje w krajach
arabskich, dlatego jadę się o tym przekonać. Wystawa będzie w
znakomitym miejscu, w hotelu „Żagiel”, uchodzącym za najbardziej
luksusowy hotel świata i sam ten fakt jest już jakimś sukcesem.
Pana malarstwo jest baśniowe,
podobnie dom. Czy to ucieczka od szarej rzeczywistości, od
życia?
– Świadomie zmierzałem do tego, żeby
się wyobcować, stworzyć sobie wieżę z kości słoniowej i chyba mi
się udało. Przemieszczam się między tym Muzeum, bo tutaj też
mieszkam, a moim drugim domem, którym jest pracownia na
Stradomiu. Właściwie trochę się dystansuję od otoczenia i
koledzy artyści zarzucają mi, że się wyizolowałem, ale coś za
coś. Jeżeli chcę się skupić na tym, co robię, muszę się,
niestety, wyłączyć z działań, które mnie rozpraszają.
Normalny świat Pana rozprasza,
przeraża?
– Niestety, jesteśmy skazani na
realny świat, w którym musimy żyć. Ja robię wszystko, żeby
stworzyć sobie wygodę i komfort działania. Tutaj czuję się
dobrze i bezpiecznie. Kiedyś ta pracownia wydawała się za duża,
dziś jest za mała.
Powiedział Pan kiedyś:
„Poszukując skarbów w swojej wyobraźni, chcę się nimi
podzielić”. Czy sądzi Pan, że ludzie potrafią należycie przyjąć
te dary?
– Malarstwo jest dziedziną, która w
niewielkim stopniu interesuje otoczenie, mówi się o 7% osób
zainteresowanych sztuką, ale nawet jeśli artysta ma tylko
jednego odbiorcę, to już dla niego warto tworzyć. Ja na
szczęście mam więcej niż jednego.
Rozmawiała
Sylwia Góra
AKTORSTWO I MUZYKA PEŁNE SĄ CUDOWNEJ FANTAZJI I SPONTANICZNOŚCI...
Rozmawiamy z aktorką Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie Paulą
Kwietniewską
Skończyła Pani Państwowe Policealne Studium Wokalno-Aktorskie w Gdyni i
Państwowe Liceum Muzyczne w Częstochowie. Czy to znaczy, że bliżej jest Pani do
muzyki?
– Do muzyki jest mi bardzo blisko. Myślę jednak, że tak samo blisko, jak do
aktorstwa. Wychowałam się w otoczeniu muzyki, instrumentów, ponieważ moja mama
bardzo kochała nuty i dźwięki. Od dzieciństwa chodziłam na koncerty do
filharmonii, później miałam przyjemność z orkiestrą Filharmonii Częstochowskiej
śpiewać. Muzyka zawsze była blisko, tkwiła we mnie i nie wyobrażam sobie bez
niej życia. Słucham bardzo różnej muzyki, od klasyki poprzez pop do soulu, i
staram się odnajdywać w niej to, co mi bliskie.
Swoją wokalną pasję realizuje Pani śpiewając jazz. Skąd taki wybór?
– Od wielu lat znam się z Wojtkiem Puszkiem, świetnym pianistą, współtwórcą
Stowarzyszenia Jazzowego w Częstochowie. Po moim powrocie z Gdyni przypadkiem
spotkaliśmy się i zaproponowałam mu, żebyśmy razem coś zrobili. Organizowaliśmy
koncerty utrzymane w stylistyce jazzowej. Dlaczego jazz? Bo jest pełen cudownej
fantazji, spontaniczności. Podziwiam wokalistki jazzowe, takie jak Dee Dee
Bridgewater czy Diane Reeves.
Więc jak to się stało, że jednak scena teatralna, a nie muzyczna?
– Od dzieciństwa, jak to zwykle bywa w drodze do aktorstwa, uczestniczyłam w
przeróżnych przedsięwzięciach nieprofesjonalnych. „Tymoteusz Rymcimcim” to była
pierwsza bajka, w której wystąpiłam; w grupie teatralnej, którą prowadziła moja
mama. Później faktycznie miałam dylemat, czy wybrać muzykę, czy teatr, ale
połączyłam obie sztuki, ponieważ wybrałam wydział wokalno-aktorski. Tak się
szczęśliwie złożyło, że od drugiego roku studiów praktykowałam na scenie, w
Teatrze Muzycznym w Gdyni, a na trzecim roku, po wygranym castingu, zagrałam
rolę w gdyńskim Teatrze Miejskim i od tego czasu pracuję na obu zawodowych
scenach: muzycznej i dramatycznej.
Zaczęła Pani od zajęć teatralnych w różnych kołach, a teraz sama je Pani
prowadzi. W tym roku, w czerwcu, poprowadziła Pani warsztaty aktorskie dla
młodzieży.
– Prowadziłam zajęcia z emisji głosu. Były to bardzo cenne spotkania z młodymi
ludźmi, którzy przejawiali wiele pasji i zaangażowania w to, co robili.
Kierowałam też zajęciami w Szkole Muzycznej w Częstochowie, gdzie razem z
młodzieżą zrealizowaliśmy dwa przedsięwzięcia. Pierwsze to „MIX-tura teatralna”,
spektakl o teatrze, który prezentowany był m.in. w Akademii Teatralnej w
Warszawie, drugie „Sursum corda – w górę serca”, koncert, który zagraliśmy
wspólnie ze studentami z Akademii im. Jana Długosza, a poświęcony pamięci Jana
Pawła II.
Jak to się stało, że zwykle oglądamy Panią w rolach klasycznych, w sztukach
Wyspiańskiego, Fredry, Czechowa?
– Kiedy przyszłam do teatru, tak akurat wyglądał repertuar. Zaczęłam od klasyki
bardziej współczesnej, bo od “Lekcji” Ionesco, później przyszły już role
bardziej klasyczne. Teraz przełamało je „Jabłko”, w którym gram Samanthę i które
szalenie lubię. Cieszę się bardzo ze spotkania z reżyserem Tomaszem Dutkiewiczem
i z samego spektaklu.
Jak już Pani wspomniała, przełomem było „Jabłko”. Jakie trudności niosła ze sobą
rola Samanthy?
– Sama tematyka, dotykanie najbardziej egzystencjalnych spraw ludzkiego życia:
miłości, śmierci, już jest trudna. Druga trudność polega na tym, że spektakl
wymaga od nas nie tylko obnażeń emocjonalnych, ale także fizycznych, poprzez
pokazanie bohaterów w sferze najbardziej intymnych ludzkich doznań. To było duże
wyzwanie i trudne zadanie aktorskie, ale ciało to przecież nasze narzędzie
pracy. Całe ciało, bez wyjątku.
A przed „Jabłkiem” nie bała się Pani zaszufladkowania?
– Dla mnie te role były bardzo istotne: Sonia w Czechowie, Aniela w „Ślubach
panieńskich”. Jednak potrzebujemy ról, które zmienią nasz dotychczasowy
wizerunek, pokażą nas od innej strony i „Jabłko” na to mi pozwoliło.
A czy utożsamia się Pani w jakiś sposób z postaciami, które Pani gra?
– Nasze życia w jakiś sposób się przenikają. Dajemy postaci dużą część siebie,
ale przede wszystkim powołujemy ją do życia, szukając w sobie cech, których na
co dzień w nas nie ma, odkrywając w ten sposób siebie samych.
Czy jest jakaś rola, którą chciała Pani zagrać od zawsze?
– Przede wszystkim chciałabym grać u dobrych reżyserów. Kiedyś bardzo chciałam
zagrać szekspirowską Julię. W tej chwili nie mam wymarzonej roli, ale na pewno
chciałabym pracować z reżyserami, którzy wiedzą, czego chcą, mają konkretną
koncepcję i pomysł na sztukę. Z reżyserami, którzy są dobrymi fachowcami i
miłymi ludźmi.
A jak to jest z telewizją? Czy próbowała Pani kiedyś aktorstwa filmowego?
– Nie grałam jeszcze w filmie, ale mam nadzieję, że to niebawem nastąpi. Jeśli
chodzi o doświadczenia z telewizją, to mam bardzo miłe z TVP Katowice. Tam
właśnie brałam udział w realizacji dziesięciu programów poetycko-muzycznych,
poświęconych głównie utworom naszych najwybitniejszych poetów m.in. Haliny
Poświatowskiej, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Praca w telewizji zdecydowanie
różni się od tej w teatrze, i dobrze jest, jeśli los daje aktorowi szansę
sprawdzenia swoich mozliwości na szklanym ekranie.
A gdyby miała Pani stworzyć budynek tylko dla sztuki? Gdzie umieściłaby Pani
teatr, a gdzie muzykę?
– Zbudowałabym dziesięciopiętrowy budynek, w którym na każdym piętrze znalazłyby
miejsce różne formy teatru i muzyki: tradycyjne, eksperymentalne, sceny dla
młodych twórców i na pewno teatr i muzyka byłyby blisko siebie.
A gdzie będziemy mieli teraz okazję Panią zobaczyć?
– Niedługo zaczynamy próby do nowego spektaklu w reżyserii Łukasza Wylężałka
„Alibi”, którego premiera przewidziana jest na połowę lutego, zagram także w
“Kramie z piosenkami”, który uświetni obchody 80-lecia stałego zespołu
aktorskiego w Częstochowie.
Rozmawiała SYLWIA GÓRA
Nie ma w życiu ani jednego
dnia, który nie byłby ważny...
Rozmawiamy z częstochowskim, cenionym nie tylko w mieście, artystą-muzykiem
Januszem “Yaniną” Iwańskim
Jak rozpoczęła się Pańska przygoda z muzyką?
– Najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa wiążą się z muzyką słuchaną w cyrku
oraz z orkiestrą dętą, która szła w kondukcie żałobnym. Mieszkałem wtedy
niedaleko kościoła św. Zygmunta i była to właściwie jedyna muzyka, jaką
słyszałem na żywo. To było to, co mnie zachwycało. Później pojawiła się muzyka w
radiu, gitara. Jednak te wspomnienia to moje najwcześniejsze doświadczenia z
muzyką w ogóle.
W średniej szkole muzycznej był Pan w klasie kontrabasu i nagle pojawia się
zainteresowanie improwizacją, jazzem. Skąd ta zmiana?
– Zawsze chciałem kształcić się na gitarzystę, ale nie dostałem się do tej
klasy, nauczyciel, który wtedy przyjmował do szkoły, powiedział, że się nie
nadaję. Dopiero profesor Łukaszewski powiedział mi, że jeśli chcę się kształcić
na muzyka, to dlaczego nie, i dał mi do wyboru: kontrabas albo puzon. Wybrałem
kontrabas. Do dziś jestem gitarzystą-samoukiem.
W 1977 roku tworzy Pan zespół jazzowy „Tie Break”. Czy można to uznać za
przełomowy moment w karierze?
– Takich przełomowych momentów było kilka. Na przykład kupienie pierwszej
profesjonalnej gitary, powstanie zespołu „Reverberator” w 1973 roku, który
odnosił sporo sukcesów na amatorskiej scenie muzyki rockowo-awangardowej.
Później rok 1977; postanowiłem założyć kolejny zespół, właśnie „Tie Break”.
Wtedy jeszcze się tak nie nazywał, był to po prostu zespół jazzowy. Zrozumiałem,
że jest to kierunek, w którym chciałbym pójść. Zawiesiłem działalność wszystkich
zespołów rockowych w tamtym czasie i razem z kilkoma kolegami założyliśmy
zespół, który w 1980 roku wygrał festiwal „Jazz Juniors”. Prawdziwym przełomem w
karierze było wygranie tego krakowskiego festiwalu, który w tamtym czasie był
jednym z ważniejszych, jeżeli nie najważniejszym, wydarzeń muzycznych muzyków. „Reverberator”
był przełomem na amatorskiej scenie, a „Tie Break” na zawodowej.
Wielki sukces przynosi Panu duet „Soyka Yanina”. Pańska osoba przestaje być
anonimowa. Jak Pan wspomina tamten okres?
– Początek duetu miał miejsce w 1984 roku, o czym właściwie nie mieliśmy
pojęcia. Zawiesiliśmy wtedy działalność orkiestry „Tie Break”, a właściwie
przeformowaliśmy ją, ponieważ pojawiła się nowa muzyka. Namówiliśmy Stanisława
Sojkę, aby z nami śpiewał i założyliśmy zespół „Sfora”. Stanisław Sojka pisał
teksty, a ja muzykę. Nie wiedzieliśmy, że to będzie początek dużej popularności
przyszłego duetu „Soyka Yanina”. 1988 rok można uznać za formalne zaistnienie
duetu, który z pewnością odcisnął się trwale na polskiej scenie. W ciągu ponad 6
lat zagraliśmy 1,5 tysiąca koncertów. Duet sprawił też, że zaczęto się
interesować mną jako jednostką, nie jako liderem zespołów. Duet wprowadził moje
nazwisko na rynek i to był kolejny, znaczący moment w mojej karierze. Tylko raz
w życiu się coś takiego zdarza i jest to tzw. pięć minut. To było pięć minut
duetu „Soyka Yanina”, ale nie wiem czy to było moje pięć minut.
W 1994 roku pojawia się Pańska pierwsza solowa płyta „Portret wewnętrzny”, z
której piosenka „Wielkie podzielenie” wygrała „Telewizyjną Muzyczną Jedynkę”.
Czy od tej chwili wszystko się zmienia?
– Życie twórcy cały czas się zmienia, jest procesem. Od samego początku, kiedy
po raz pierwszy wziąłem gitarę do ręki i zacząłem grać z dziewczyną na podwórku,
gdy pierwszy raz zagrałem w konkursie, czy dostałem wyróżnienie. Każdy krok był
ważny. Granie w piaskownicy, w klubie do tańca, na scenie, cały okres mojej
edukacji europejskiej. Poprzez te doświadczenia wciąż poznaję świat muzyki. Od
10 lat mam przygotowane dwie płyty, ale nikt nie chce mi ich wydać, bo na rynku
króluje czarna muzyka hip-hopowa, a to, co ja robię, osyluje na granicy piosenki
autorskiej i poetyckiej.
Na początku lat dziewięćdziesiątych, za sprawą reżysera Łukasza Wylężałka i
aktora Henryka Talara, zaczyna się nowy rozdział twórczości - muzyka filmowa i
teatralna.
– Nagrywałem muzykę filmową z zespołem „Sfora”, Krzysztof Knittel prosił nas o
to. Ale właściwie dopiero Łukasz Wylężałek, robiąc film dokumentalny o
fotografiku Wojciechu Prażmowskim, zachęcił mnie do tego rodzaju
przedsięwzięcia. To był początek mojej przygody z muzyką filmową. Trochę później
Henryk Talar razem z Łukaszem Wylężałkiem wpadli na pomysł, żeby wystawić „Lot
nad kukułczym gniazdem”. Zaproszono mnie, bym zrobił muzykę do spektaklu. Nie
miałem żadnych doświadczeń w kwestii muzyki żywej, teatralnej, gdzie jest
zupełnie inna przestrzeń. Przerastało to moje wyobrażenia i postanowiłem, że
decyzję podejmę dopiero po tym, jak będę miał okazję bycia na próbach i jeśli w
mojej głowie pojawi się muzyka. Trwało to naprawdę bardzo długo, kilka miesięcy,
aż w końcu „usłyszałem” kilka dźwięków. Wtedy dopiero zdecydowałem się napisać
muzykę. Myślę, że ten spektakl przeszedł do historii częstochowskiego teatru.
W 1998 roku inwestuje Pan w młodych muzyków, tworząc kwartet jazzowy „Yanina i
KaPeLa”. Zespół wydaje dwie płyty. Czy ta inwestycja zaprocentowała w Pańskiej
dalszej karierze?
– Najważniejsze, że zaprocentowała w karierze tych młodych ludzi. Sięgając do
pewnego porównania: rodzice inwestują w dzieci nie po to, aby samymi stać się
lepszymi, tylko po to, by dzieci mogły dalej funkcjonować już samodzielnie.
Pamiętam, kiedy to nasz zespół „pchał się” na scenę jazzową. W tym czasie znikąd
nie mieliśmy pomocy. Obiecałem sobie wtedy, że jeśli uda mi się osiągnąć sukces,
zrobię coś dla młodych ludzi. I to mi się udało. W 1998 roku zaryzykowałem.
Dostałem propozycję zagrania w Szczecinie. Zabrałem ze sobą tych młodych ludzi i
oni się sprawdzili. W tej chwili zasilają scenę polską. Niedawno na koncert w
Krakowie zaprosiłem kolejnych młodych artystów. Od dłuższego czasu przyglądam
się osiemnastoletniemu Markowi Pospieszalskiemu czy Kamilowi Cudzikowi. Od
półtora roku przygotowuję orkiestrę „Free Wave” i mam nadzieję, iż będzie to
orkiestra, która połączy artystów starszego i młodego pokolenia.
Koncertuje Pan w całym świecie: Meksyk, USA, Szwecja, Dania, Francja, Grecja,
Włochy. Co powoduje, że wraca Pan do Częstochowy?
– Musi tu być coś bardzo tajemniczego, ja jeszcze nie odkryłem, co to jest.
Rzeczywiście mogłem mieszkać w Warszawie, Krakowie, Gdańsku, Nowym Jorku,
Meksyku, ale faktycznie wracam tu. Może dlatego, że stąd mam wszędzie blisko, że
jest tu najmniejszy hałas, mogę dojść wszędzie na piechotę, a może po prostu
dlatego, że tutaj jest mój dom.
Jak wiadomo, jest Pan współzałożycielem i członkiem „Zachęty”. Podobno miał Pan
pomysł założenia szkoły gry na gitarze?
– To za dużo powiedziane. Myślę, że nauką gry na gitarze powinni się zająć
nauczyciele, a ja nim nie jestem. Natomiast kiedy ruszy „Zachęta” i znajdzie się
na to miejsce, zorganizuję warsztaty instrumentalne. Ale żeby wziąć w nich
udział, trzeba będzie mieć przygotowanie co najmniej średniej szkoły muzycznej.
Nie znaczy to, że ktoś musi mieć skończoną szkołę muzyczną, może być samoukiem,
chodzi o wiedzę odpowiadającą poziomowi takiej szkoły. Ja będę pomagał nadać
muzyce charakter i szlifować warsztat.
Gdyby miał Pan podsumować teraz swoje doświadczenia sceniczne, to które uznałby
Pan za najcenniejsze?
– Każde. Kiedyś, jako dziecko brzdąkałem w puste struny gitary i śpiewałem. Było
to wtedy dla mnie uniesieniem się metr nad ziemię i fruwaniem bez skrzydeł. Ale
zapamiętałem także coś inego: sąsiedzi zamykali okna. W momencie, kiedy
pojawiały się kryzysy, porażki estradowe, przypominałem sobie o tych zamykanych
oknach i od razu lądowałem na cztery łapy. Wszystkie doświadczenia są istotne.
Nie ma w moim życiu ani jednego dnia, który nie byłby ważny.
W takim razie czy zostało Panu jakieś marzenie do spełnienia?
– Wszystkie moje marzenia się spełniły, a te które są, właśnie się spełniają.
Moje największe dwa marzenia to było zagranie z Czesławem Niemenem i Tomaszem
Stańką. Wydawały się być nieosiągalne, ale oba się spełniły. Z Tomkiem zagrałem
w duecie w 1988 roku, nawet tutaj w Częstochowie, a z Czesławem Niemenem w 1992
roku, kiedy zadzwonił do mnie i zaproponował wspólny koncert w katowickim
“Spodku”. Można powiedzieć, że teraz już nie mam marzeń, co nie znaczy, że
jestem smutnym czy pustym człowiekiem. Boję się marzyć, bo wszystkie moje
marzenia się spełniają i muszę bardzo uważać, żeby nie wymarzyć czegoś
kiepskiego.
Jak według Pana wygląda rozwój sztuki w naszym mieście? Czy mamy zaplecze
artystyczne, które mogłoby zaistnieć?
– Zawsze takie zaplecze było, tylko że mnóstwo artystów stąd wyjechało. Uzurpuję
sobie w pewnym sensie stwierdzenie, że grupa muzyków z kręgu „Tie Break” i
artystów, którzy do tej grupy należeli, jako jedni z nielicznych zostali w
mieście i w jakiś sposób daliśmy przykład, że można tu tworzyć i świecić stąd na
cały świat. Zaplecze mamy bardzo duże. Wymienię tylko kilka nazwisk: “Ziut”
Gralak, Mateusz i Marcin Pospieszalscy, Wojciech Prażmowski, Łukasz Wylężałek,
zespół „Habakuk”, Jacek Pałucha, filharmonicy, orkiestry czy też naprawdę
wspaniali aktorzy częstochowskiego teatru.
Gdyby porównać muzykę do wielopiętrowego domu, a Pan miałby dobudować kolejne
piętro, to co by się na nim znalazło?
– Luksusowy apartament dla darczyńców i sponsorów, ponieważ państwo nie zajmuje
się artystami. Zrobiłbym piętro właśnie dla takich ludzi i hołubiłbym ich.
Mogliby tam mieszkać, a my byśmy dla nich grali i tworzyli.
Rozmawiała SYLWIA GÓRA