Strona główna gazety
  Gwoździem po szkle
  Okno na kulturę
  Reporterskim piórem
  Co w mieście?
  Metafizyka
  i rzeczywistość
  Serwis sportowy


METAFIZYKA
 

 




 Grzegorz Gliński - wiersze

 
Morduję spinacz


Skrzypi dłoń
składana w pięść,
skrzypi kolano, plecy,
najgorzej skrzypi głowa,
kiedy próbuje myśleć.
Wegetacja.
Morduję spinacz,
a w jego jęku,
w wyciu torturowanych drucianych piszczeli
szukam zgłodniałymi palcami
inspiracji.
Ciągle cisza.
Czasem szept
nikły jak westchnienie,
jak złudzenie westchnienia.
Wołam do niego,
nie odpowiada.
Skrzypi głowa.

 

*    *    *

 

Na pomoście

Głową w dół
leżąc na pomoście,
wpatrując się w wodę
świetlistą od letnich gwiazd
i moje oczy zdumione na tle mgławic.
Kap,
ślina okrąża głowę,
już sam nie wiem,
czy poleciała w niebo,
czy jednak spadła,
więc wstałem
i skoczyłem na głowę,
zanurzając się w sobie
twarzą w twarz.

*    *    *

Pamięć

Kiedy umrę, zawloką mego trupa
na pobocze, gdzie będzie gnił,
fetor rozpowszechniając proporcjonalnie do czasu.
Taki sobie postawię pomnik.
Smrodem martwych flaków z
ciała, które już duszy nie zawiera,
odruch wymiotny będę wzbudzał.

 

*    *    *

 

Pragnienie

Pułapki, zasadzki, rozsądku wnyki,
wilcze doły logiki,
przewidziane labirynty,
zlekceważone zagrożenia.
Jak głodna hiena –
przyczajone w milczeniu,
w półcieniu, półświetle za ścianą,
oświetlane lampą przeżywania
pragnienie bez dna
doznania wszystkiego.


 

*    *    *

Puchnę

Zasypiam
i puchnę:
prawa strona napiera na drzwi,
głową rozbijam szybę,
lewa przebija ścianę,
przeciskam biodro,
odrywam kilka cegieł,
jestem na balkonie,
pęka mieszkanie…
Teraz idę.
Autostrada jak wąski chodnik,
wciąż rosnę, jeszcze większy i większy,
następny krok...
Gdy już traciłem równowagę
jedną nogą na Ziemi
drugą na Marsie stojąc,
nadludzki,
zrozumiałem świat.

 

*    *    *

Wiersz bez rymów
 

Wiersz bez rymów
bo poobrażały się na siebie słowa
nie zamierzają razem brzmieć.
Wiersz bez interpunkcji
bo przecinek uważa
że to on powinien kończyć
kropka z kolei ma dosyć
dźwigania znaków zapytania i wykrzykników
jak portowy tragarz.
Wiersz bez metafor
bo chcą czuć się piękne
założyły związek stylistyczny
żądają więcej porównań
do nieba, kwiatów i oceanu.
Wiersz bez poety
poeta w więzieniu
siedzi za gwałt na regułach
pobicie norm i zasad
ze skutkiem śmiertelnym
napad z piórem w ręku
na kunszt poetycki
oraz profanację sonetu.
 

*    *    *

 

Piętnaście liter

Kiedyś, pamiętam, byłem w pełni,
teraz już tylko nazywam się
piętnaście liter
jak piętnastu żołnierzy
z piętnastoma karabinami
wymierzonymi we mnie.
Przed plutonem
dobry dowódca na dowód współczucia
zapalił mi na nowo ostatniego papierosa
co umarł od łez
z oczu
które, choć odwrócone,
widzą każdy palec na spuście
i każdy nabój w komorze.

 

*    *    *

 
Gdy jesteśmy sami
 
I znów na własne słowa
odpowiada mi znajome echo,
ziarno czerwonego piasku
wcierane w oko.
W łagrach samotności tkwię,
cienie pętają nadgarstki,
wpada do dziury w ziemi
zimowy wiatr tłumiąc krzyk w krtani
gdy jesteśmy sami
gdy jesteśmy sami.
 

*    *    *

 

I chłonę ten świat,
każdego dnia
nasiąkam ludźmi,
dookoła pełno wilgoci,
zagarniam kałuże
zachłanny,
wsiąkacie,
wszyscy wsiąkacie strumieniem
we mnie, ja w was,
aż do wyżęcia dłońmi Boga
w żeliwny zlew
w kącie obskurnego korytarza:
kap
kap
kap
 

*    *    *

 

Ja

Jestem jeden, a w tym jednym mnie wielu.
Każdy chwilę rządzi, tłumaczy i uzasadnia
swoją rolę w całości,
dla niego istotną, więc i dla mnie także,
lecz suma tych postaci, co nazywa się JA,
choć różnie do jednego celu dąży,
do doskonałości,
do wyższości nad każdym,
pod każdym względem,
kolejny JA pojawia się we mnie.
Kim jesteś? – pytanie
przez kogo zadane?

 

*    *    *

 

Jesienią

Jesienią wiatr szarpie w amoku włosy,
szalone żółcią, nie umarłe liście
smagają jak biczem
zrozpaczone rysy twarzy.
 

*    *    *

 

Mijam pomieszczenia różne w kształcie,
kuszące światłem, motywem, dźwiękiem i zapachem.
Krzykiem mnie zapraszają tablice:
wejdź! wejdź! wejdź! nie pożałujesz!
a gdybym posiadał strzęp papieru
bądź miedziane koło ze znakiem,
mógłbym je wymienić na zadowolenie,
zaspokojenie.


 

*    *    *

 

Mknę

światła w świetliste linie zmieniając
kropki w kreski kwadraty w prostokąty długie
wokół mnie ludzie nie wiadomo skąd przychodzący
wszędzie ruch wściekły szalony każdy kierunek właściwy
nie ma lepszego a i gorszego brakuje
w metalowym cygarze mknę naprzód
wśród stuku gwaru huku dźwięków koktajlu obrazów
do celu miejsca gdzie kolejny sobie wyznaczę
i znów naprzód i znów do przodu
nigdy wstecz nie jadę
patrzę na twarze sylwetki ubrania
na mnie też patrzą bo jestem podobny
chociaż inny
to coś mnie łączy nawet z tym co mi najdalsze
to ruch to życie
i to samo
teraz jest smugą co kiedyś było plamą.



Izabela Adamczyk "Bajka o kurzej miłości..."
W małym domku, gdzieś nad Bzurą,
żyli sobie kogut z kurą.
Kwoka była bardzo zrzędna,
a kogut - jako płeć nadrzędna -
dobry, miły, poukładany,
szczery, otwarty, wyluzowany.
Nastał kiedyś taki poranek,
pełen przykrości i niespodzianek.
Kura do męża swego podbiegła
i tymi słowy do niego rzekła:
- Ach! Kogucie mój kochany!
Przynieś mi tu dwa banany!
Skrzywił się Kogut niezmiernie,
bo Kwoka znowu gdacze zrzędnie.
- Banany?! Na cóż żoneczko droga?!
- Idź, do cholery, bo będę sroga!
Mąż swe piórka nastroszył,
skrzydłem machnął i się wynosi.
Poszedł sobie do ciemnego lasu,
do Kwoki nie zajrzał ni razu.
Minął rok, drugi, czwarty,
Kogut zniknął nie na żarty.
A biedna kurka ciągle płakała,
bo swego męża wielce kochała.
Sroga Kwoka pióra skubie,
ślepia - coraz bardziej głupie.
Tak pogrążała się w samotności,
że oszalała ze straty miłości.

Wejdź w kurnika skromne progi,
bajki tej słuchaj dla przestrogi:
jeśli kochanym pragniesz być,
daj innym po swojemu żyć!


Izabela Adamczyk "Śnieżne zamieranie" (sonet)
Nasz świat śniegiem zasypany po same uszy.
Gdzieś w oddali tak głośno ptak zakrakał z głodu,
że wzdrygnęła się sosna igliwa. Wiatr huczy,
rozwiesza klepsydry, tak sobie, bez powodu.

Zamarznięte łzy wirują w powietrzu swobodnie.
Przylecą i spoczną na swym miejscu jedynym,
krystaliczno-metaliczne ozdobią zbrodnię,
migocząc niczym sztylet w ręku Balladyny.

A ja patrzę na to przez pryzmat własnych marzeń,
gdy wszechświaty z wolna poczynają umierać
ze smutku, tęsknoty, wśród dziwnych zbiegów zdarzeń.

Teraz trzeba zaprzęgnąć Wiosnę w drwin kierat,
by ożywiła Gaję ze śmiertelnych obrażeń,
które potem, z lubością, opisze literat.

Marzec, 2009 r.

Wróć na początek strony